Bezwzględni handlarze, podejrzane sieci powiązań. Koniec śledztwa ws. Gurlitta | Niemiecka kultura, polska kultura w Niemczech, wydarzenia | DW | 03.06.2020
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Kultura

Bezwzględni handlarze, podejrzane sieci powiązań. Koniec śledztwa ws. Gurlitta

Spektakularne odnalezienie setek zagininych dzieł sztuki przez wiele lat zajmowało fachowców. Ile z tych obiektów stanowiło sztukę zrabowaną? To podstawowe pytanie pozostaje bez zadowalającej odpowiedzi.

Sztuka zrabowana (picture-alliance/dpa/KEYSTONE/P. Klaunzer)

Obraz z kolekcji Gurlitta

Hildebrand Gurlitt był pozbawionym skrupułów biznesmenem. Jako handlarz dziełami sztuki działał na zlecenie Hitlera, wykorzystywał anonimowych wspólników, posługiwał się pseudonimami, kłamał, wystawiał fałszywe rachunki i prowadził zmanipulowaną księgowość. Jego syn, Cornelius Gurlitt, jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku przemycał przez granicę dzieła sztuki, zakupione przez jego ojca w okupowanej przez Niemcy Francji. Osiem lat temu w jego domu odnaleziono około 1500 obrazów, które po ich zabezpieczeniu przez policję poddano szczegółowym badaniom, mającym wyjaśnić ich pochodzenie. Te badania, przynajmniej po stronie niemieckiej, zostały obecnie w znacznym stopniu zakończone.

Góra urodziła mysz?

Jakie przyniosły wyniki? Mimo formalnego zakończenia prac nt. proweniencji znalezionych dzieł sztuki, najważniejsze pytanie - ile z nich stanowią dzieła sztuki zrabowanej przez nazistów - pozostaje bez zadowalającej odpowiedzi. Cornelius Gurlitt w swoim mieszkaniu w Monachium i Salzburgu przechowywał około półtora tysiąca dzieł sztuki, przede wszystkim obrazów. Tylko 14 z nich uznano jednoznacznie za przykłady sztuki zrabowanej. Chodzi tu o prace takich artystów jak Max Liebermann, Henri Matisse, Thomas Couture albo Adolph von Menzel. Zostały już zwrócone ich prawowitym właścicielom.

Sztuka zrabowana (picture-alliance/AP Photo/P. Klaunzer)

Akta ws. kolekcji Gurlitta

445 innych zaklasyfikowno jako "niebudzące zastrzeżeń". Pozostaje jednak jeszcze ponad tysiąc dzieł, których pochodzenia nie udało się jednoznacznie ustalić. "Mamy tu do czynienia z naprawdę dużą szarą strefą", oświadczył historyk sztuki Gilbert Lupfer, współautor pracy na temat kolekcji Gurlitta i przewodniczący Niemieckiego Centrum Strat Dóbr Kultury w Magdeburgu, które od 2016 roku przewodniczyło pracom badawczym dotyczącym odnalezionej kolekcji Gurlitta. Po wieloletniej, wytężonej pracy ekspertów z Niemiec, Francji, Izraela oraz z USA, trzeba było obecnie stwierdzić, że "uczyniono wszystko, co tylko było możliwe".

Muzeum sztuki w Bernie, któremu Cornelius Gurlitt przekazał prawa do swojej kolekcji, prowadzi własne badania w tej sprawie. "Jeżeli pojawią się nowe punkty zaczepienia albo jakieś nowe źródła, wtedy pójdziemy ich tropem", powiedział Niemieckiej Agencji Pasowej (DPA) prof. Gilbert Lupfer.

Ile są warte te zbiory?

Już wcześniej jednak było jasne, że odnalezienie kolekcji Gurlitta nie oznacza odnalezienia "skarbu nazistów o miliardowej wartości", jak początkowo przypuszczano. "To cenna kolekcja, ale nie należy do tych z najwyższej półki", twierdzą eksperci. Wśród obrazów nabytych przez Hildebranda Gurlitta znalazło się kilka falsyfikatów. Za takie uznano alegoryczną scenę, namalowaną rzekomo przez Marca Chagalla, oraz ilka grafik przypisywanych Augustowi Rodinowi. Sporo watpliwości budzi także duży obraz olejny "Don Kichot i Sancho Pansa", który miał ponoć namalować Honoré Daumier.

O wiele jaśniej rysuje się za to obraz samego Hildebranda Gurlitta i metody, jakimi posługiwał się w okupowanej Francji. Gurlitt nie jest postacią jednoznaczną. Miał żydowską babcię i na początku panowania nazistów w III Rzeszy sam był przez nich szykanowany jako zwolennik tzw. sztuki wynaturzonej. Z drugiej strony, na co zwraca uwagę prof. Lupfer, jako handlarz działający na zlecenie Hitlera, był bezwzględnym i pozbawionym skrupułów wykonawcą jego rozkazów. W okupowanym przez Niemców Paryżu Gurlitt był jednym z najważniejszych "zaopatrzeniowców" projektowanego "Muzeum Fuehrera" w Linzu i w tej roli posługiwał się wszystkimi dostępnymi mu metodami, zarówno legalnymi jak i przestępczymi, podkreśla Lupfer. Fałszował rachunki za nabyte dzieła, wykorzystywał swoich francuskich wspólników, a nawet swoją kochankę Olgę Chauvet. Nie ujawniał też często co i od kogo kupił, co wzmaga podejrzenia, że mamy tu do czynienia ze sztuką de facto zrabowaną.

Sztuka zrabowana (picture.alliance/dpa/KEYSTONE/A. Anex)

Prace konserwatorskie nad kolekcją Gurlitta

Dyskrecja jest najważniejsza

Do Niemiec Gurlitt przewiózł legalnie ponad 400 obiektów, ale prawie trzy razy więcej (1150) trafiło do nich w sposób, który budzi wątpliwości. 350 dzieł Gurlitt zachował dla siebie. Do jego najważniejszych klientów w Niemczech należało kolońskie Wallraf-Richartz-Museum. Po drugiej wojnie światowej większość dzieł powróciła do Francji. Ale klientami Gurlitta były także muzea w Karlsruhe i Hamburgu oaz prywatni kolekcjonerzy.

Lubisz nasze artykuły? Zostań naszym fanem na Facebooku! >> 

Po jego śmierci w wypadku samochodowym w 1956 roku jego syn Cornelius i córka przemycali do Niemiec z Francji kupione przez ojca dzieła, przechowywane przez francuskiego handlarza sztuki Raphaela Gérarda. Do chwili śmierci Hildebrand Gurlitt cieszył się opinią znawcy sztuki i dysponował rozgałęzioną siecią powiązań, o których dziś wiemy dużo więcej. Po odnalezieniu kolekcji w domu jego syna wiadomo, że poszukiwań sztuki zrabowanej nie należy ograniczać do muzeów. Trzeba je rozszerzyć także na prywatne galerie i kolekcjonerów, podkreśla prof. Lupfer. W handlu dziełami sztuki dyskrecja odgrywa wielką rolę, ale dziś lepiej widzimy, że od lat istnieje w nim sieć różnych powiązań, ktorymi warto się zainteresować bliżej, dodaje.

DPA/jak

Obejrzyj wideo 03:28

Podróż śladami Rembrandta

Reklama