Szczepan Twardoch: Nie traktuję Niemiec jako zagranicy | Niemiecka kultura, polska kultura w Niemczech, wydarzenia | DW | 12.03.2018
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Kultura

Szczepan Twardoch: Nie traktuję Niemiec jako zagranicy

Właśnie ukazała się w Niemczech powieść Szczepana Twardocha „Król”. Autor gościł na 18. festiwalu literatury LitCologne w Kolonii. WYWIAD

Pisarz Szczepan Twardoch w hotelu Wasserturm w Kolonii

Pisarz Szczepan Twardoch w hotelu Wasserturm w Kolonii

Deutsche Welle: To Pana drugi pobyt na festiwalu literatury LitCologne. Cztery lata temu przedstawiał Pan powieść „Morfina”. Tym razem przyjechał Pan z powieścią „Król". Ale wersja niemiecka nosi tytuł „Boxer”. Dlaczego?

Szczepan Twardoch: Mam zaufanie zarówno do wydawnictwa Rowohlt, jak i do mojego tłumacza Olafa Kühla. Wytłumaczyli mi, że po niemiecku tytuł „Der König” nie miałby takiego spektrum znaczeniowego, jak po polsku. Po niemiecku brzmiałby groteskowo. Po polsku możemy mówić, że ktoś jest królem czegoś, np. królem boiska, królem parkietu i to nie brzmi ani sarkastycznie, ani ironicznie. A tak brzmiałoby po niemiecku, jak przekonywał mnie Olaf. I oczywiście zgodziłem się na tę zmianę całkowicie ufając jego wyczuciu językowemu.

To potwierdza też tezę Olafa Kühla, że autor zawdzięcza swoją egzystencję w obcym języku tylko i wyłącznie umysłowej czujności i językowej wrażliwości, wykształceniu oraz oczytaniu właśnie tłumacza.

 - Tak, to święta racja, że tłumacz jest tym medium, przez które autor trafia do czytelnika w innym języku. Autor zostaje jakby przefiltrowany przez tłumacza, przez jego wrażliwość, przez jego inteligencję i wiedzę. Tłumacz pisze niejako powieść na nowo. Przekłada ją nie tylko na język, ale na inny kontekst kulturowy, na trochę inny ocean znaczeń i myśli.

Mnie się nawet podoba ta zmiana tytułu z „Króla”na „Boxera”, chociażby z tego powodu, że ta powieść w języku niemieckim jest inną powieścią, nie tylko dlatego, że jest przetłumaczona. Wstępując jak gdyby w niemiecką kulturę, ona ma czytelników o innej wrażliwości, o innym sposobie myślenia. Więc nawet ta zmiana tytułu jest w jakimś sensie symboliczna i to mi się podoba.

Jeżeli już mowa o językowym wyczuciu, to współpraca z Olafem Kühlem okazuje się być dla Pana bardzo szczęśliwa. Świadczy o tym chociażby nagroda literacka „Brücke Berlin” (Pomost Berlin) za rok 2016, którą obaj otrzymaliście za powieść „Drach”.

 - Fajnie było dostać tę nagrodę. I bardzo podoba mi się ten zwyczaj, że jest nagradzany nie tylko autor, ale autor z tłumaczem. Ostatnio, kilka dni temu ucieszyłem się na wieść, że Joanna Bator, którą znam i lubię, również ze swoim tłumaczem otrzymała nagrodę Hermanna Hessego.

Ile jest prawdy w stwierdzeniu Olafa Kühla, że u wielu polskich autorów, którzy wydają na niemieckim rynku i spotykają się z niemieckimi czytelnikami, można zauważyć pewne „dążenie do sprostania ich oczekiwaniom". Zgadza się Pan z tym?

 -  Nie, pisząc nie myślę o czytelniku niemieckim, ponieważ go nie znam, nie znam jego upodobań. Ale ja też nie myślę przesadnie o polskim czytelniku. Mam swoje historie do przekazania i chcę je opowiadać, bo na tym polega mój zawód. Każda z tych historii pociąga za sobą pewien rodzaj języka, pewien rodzaj rytmu, których dla niej szukam i w końcu znajduję. A później to już jest tylko kwestia szczęścia, czy to się czytelnikowi spodoba czy nie. Ale ja nie próbuję i nigdy nie próbowałem czytelnikowi się podlizywać, nie kokietuję go, nie kieruję się jakimś tropizmem czytelniczych gustów. Tak naprawdę staram się zawsze pisać takie książki, jakie sam chciałbym czytać.

Bardzo lubię anglosaską tradycję powieściową, w której fabularność bynajmniej nie wyklucza eksperymentu formalnego czy językowego. Ale ten zachowany fabularny element powieści czy też opowieści jest ważny i ciągle żywotny. I dlatego jest mi dużo bliżej do tej tradycji niż do tradycji europejskiej, gdzie powieść staje się już wyłącznie eksperymentem formalnym.

Powieść „Morfina”, która ukazała się w Niemczech cztery lata temu, odbiła się szerokim echem. Odkryto wtedy Szczepana Twardocha. Jak ocenia Pan szanse „Boxera”?

 - Nie wiem czy „Morfina” była sukcesem, jeśli chodzi o wielkość nakładu, trzeba byłoby zapytać o to wydawnictwo Rowohlt. Ale na pewno nie sprzedała się tak dobrze jak w Polsce. Nie spodziewam się też takiej sprzedaży „Boxera” jak „Króla” w Polsce, ponieważ ja na swoje nazwisko w kraju pracowałem przez kilkanaście lat, a tutaj jestem obecny dopiero od lat czterech. Więc zbudowanie bazy czytelników, rozpoznawalności zajmuje trochę więcej czasu. Mam nadzieję, że to będzie jakoś z książki na książkę rosło. W każdym razie reakcje krytyki, reakcje prasowe na „Boxera” w Niemczech są bardzo pochlebne, co mnie ogromnie cieszy. No i też jest to książka bardzo szeroko omawiana. Czy za tym pójdzie duża sprzedaż, nie mam pojęcia. Niemieckiego rynku nie znam, więc trudno mi się pokusić o jakieś prognozy.

W ostatnim czasie ostro pracuje Pan nad wspomnianą bazą czytelników w Niemczech. Za Panem spotkanie autorskie w Essen, dzisiaj obecność na LitCologne w Kolonii, dalej wizyta w Wiesbaden i w Berlinie. Miewa Pan czasem tremę przed spotkaniami z niemieckimi czytelnikami ?

 - Nie, nigdy. Lubię spotykać się z czytelnikami. To jest zawsze przyjemność dla pisarza. To jest taka krótka chwila glorii i chwały. Poza tym, ja się nie czuję tutaj inaczej, nie mam do czynienia z jakimś szokiem kulturowym. Nie traktuję Niemiec jako zagranicy. W Berlinie, w Kolonii  czuję się tak samo dobrze jak w Warszawie czy jak u siebie na Śląsku.

rozmawiała Alexandra Jarecka

 

Redakcja poleca

Audio i wideo na ten temat