Strefy „no-go” w Zagłębiu Ruhry. Wyzwanie dla polityki i policji | Społeczeństwo | DW | 01.06.2017
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Społeczeństwo

Strefy „no-go” w Zagłębiu Ruhry. Wyzwanie dla polityki i policji

Miasta Zagłębia Ruhry chcą uporać się ze swoimi problematycznymi dzielnicami przez wyburzanie ruder, w których mieszkają imigranci. Land przeznacza na to ponad 30 mln euro.

Dzielnica Marxloh w Duisburgu w dzień targowy. Na ulicach ludzie z torbami pełnymi warzyw i owoców. Niewiele wskazuje na to, że właśnie ta dzielnica Duisburga ma opinię jednego z największych socjalnych punktów zapalnych w całych Niemczech. Marxloh ma piękne ciągi zabytkowych domów, tereny zielone i dużo drobnego handlu. W Berlinie albo Hamburgu szykownie jest mieszkać w takim właśnie otoczeniu. W Marxloh jest wręcz odwrotnie. Tę dzielnicę uważa się za upadłą strefę. W Zagłębiu Ruhry jest ich jeszcze więcej: Hochfeld i Bruckhausen w Duisburgu, Altenessen i Katernberg w Essen, dortmundzka Nordstadt czy Gelsenkirchen-Ückendorf.

No-Go-Area - Abriss als Lösung?
(DW/C. Grün)

53 domy zostały już przeznaczone do rozbiórki

Obszary bezprawia

Właściwie we wszystkich miastach Zagłębia istnieją takie problematyczne dzielnice. Przykleja się im etykietkę "no-go area". Politycy w Zagłębiu Ruhry, jak kończący już swoją kadencję minister spraw wewnętrznych Ralf Jaeger z SPD, nie chcą ich tak co prawda nazywać i nie przyjmują do wiadomości, że są to strefy bezprawia, z których właściwie wycofały się służby bezpieczeństwa. Lecz kiedy bliżej się im przyjrzeć, to widać, że są to dzielnice z bardzo problematyczną mieszanką ludności, ubóstwa, brakiem edukacji i szerzącą się przestępczością. Obojętnie jaką nada się temu nazwę, problem pozostaje nierozwiązany. Dużo się o nim mówi, ale do tej pory nikt nie znalazł sposobu, jak sobie z tym poradzić.

Trzeba rozbić struktury

Teraz narodził się pomysł, by problemy załatwić przez wyburzanie domów. W niektórych dzielnicach wokół ruder powstały bowiem struktury, których władze miejskie nie zamierzają dłużej tolerować. Tu właśnie powstały skupiska ludności romskiej, przybyłej z południowo wschodniej Europy.

Magistrat Duisburga szybko przystąpił do realizacji planu. Od ubiegłego roku 53 domy oznaczono jako nienadające się do zamieszkania. W nich właśnie, w biedzie i ciasnocie mieszkali imigranci. W ostatnich latach w Duisburgu osiedliło się ich ok. 18 tys. – zupełnie legalnie, bo są oni obywatelami UE. Właściciele nieruchomości, gdzie ludzie ci zamieszkali, ani myśleli remontować domy, a wymagały one tego bardzo pilnie. Mieszkania były zagrzybione, miały uszkodzone instalacje elektryczne, czasami brakowało tam wody, za to lała się ona z nieszczelnego dachu. Takie warunki to doskonała przestrzeń do życia poza prawem i bez konieczności podporządkowania się normom społecznym.

No-Go-Area - Abriss als Lösung?
(DW/C. Grün)

Perełki architektury XX w: secesyjne domy

Strategia zero tolerancji

Podczas spotkania komendantów policji miast Zagłębia Ruhry, których dotyczy ten problem, nikt nie owijał w bawełnę. Szefowie policji otwarcie mówili o sytuacji w ich rejonie. Szefowa policji w Duisburgu Elke Bartels powiedziała otwarcie, że sama praca policji to za mało.

– Kiedy my tam wkraczamy, państwo poniosło fiasko już gdzie indziej: w przedszkolach, szkołach, w rodzinach.

Bartels stawia na strategię zero tolerancji, ale do tego potrzebne jest wzmocnienie personalne. Wszyscy wiedzą jednak, że większa liczba policjantów może tylko załagodzić sytuację.

- Kiedy nasi kontrahenci zauważą, że policji jest mniej, wtedy będzie jeszcze gorzej. Możemy jedynie starać się zapanować nad sytuacją, ale tych ludzi nie da się skierować na dobrą drogę – zastrzegała Bartels głosem pełnym rezygnacji w kwietniu b.r. w rozmowie z przedstawicielami mediów.  Podobnie wypowiadali się jej koledzy z innych miast.

Prof. Thomas Feltes, kryminolog z uniwersytetu w Bochum plany rozbiórki domów uważa za politykę symboliczną. Rozbiórka domu w zasadzie nic nie zmieni, jeżeli nie zmieni się podstawowej substancji w danej dzielnicy. Trzeba zbadać jej infrastrukturę, zdefiniować problemy i wtedy dopiero policja, urzędy socjalne i ośrodki zdrowia oraz szkoły mogą opracować wspólne rozwiązania.

Za błąd prof. Feltes uważa koncentrowanie się na imigrantach z Europy Wschodniej. – Jest to grupa, z której robi się kozła ofiarnego, i która jest tylko kroplą w morzu. Przestępczość bowiem rodzi się w samej dzielnicy. Fatalne struktury do życia, zaniedbane mieszkania są tego przyczyną.

Duisburg-Marxloh - türkische Bevölkerung (picture-alliance/ dpa)

Turcy mieszkają tu już od dziesięcioleci

Własność liczy się bardziej niż dobro ogółu

Za duży problem uważa on prywatnych inwestorów, którzy pozwalają, by domy powoli obracały się w ruiny. W Niemczech ochrona prywatnej własności jest traktowana bardzo poważnie, państwo nie ma więc możliwości większego wpływu. Własność stawia się ponad dobro ogółu. Miasta mogą tylko wtedy coś zmienić, gdyby mogły wykupić takie nieruchomości, ale jest to trudne.

Rzeczniczka magistratu Duisburga Susanne Stoelting, podczas niedawnej rozmowy z prasą, nazwała napływ ludzi z Europy południowo-wschodniej „perfidnym systemem”. Ściągający tu imigranci, pracując nawet za minimalne ustawowe stawki, otrzymują i mają więcej pieniędzy do życia niż w swoich krajach ojczystych. Ich rzekomi pracodawcy korzystają dodatkowo jeszcze ze świadczeń socjalnych i nierzadko kasują horrendalne czynsze za mieszkania, będące właściwie ruderami.

Turcy protestują

Mieszkający tam już od dziesięcioleci Turcy w każdym razie mają problem z nowymi imigrantami, co potwierdza także szefowa policji w Duisburgu. Tureccy imigranci, którzy od dziesięcioleci mieszkają w Marxloh, zwrócili się do niej z prośbą, żeby wpłynęła na wyprowadzenie się stamtąd cudzoziemców z Europy północno-wschodniej. Jednak nikt nie wie, czy rozbiórka ruder naprawdę załatwi problemy. Domy co prawda znikną, ale czy znikną też ludzie i przestępczość?

Specjalne projekty

Specjalista w dziedzinie urbanistyki Sebastian Kürtenbach z Uniwersytetu w Bielefeld analizował sytuację w Marxloh i w Nordstadt w Dortmundzie. Jego zdaniem z punktu widzenia urbanistycznego, sensowne jest wycofanie z rynku takich nieruchomości. Ale w ten sposób nie wyruguje się przestępczości – zastrzega. Rozbiórka domów nie jest żadnym panaceum na biedę skoncentrowaną na małej przestrzeni – podkreśla Kürtenbach. Rozbiórki domów kwalifikuje on raczej jako akcjonizm polityków i proponuje inne rozwiązania.

W Nordstadt  w Dortmundzie powstały projekty, w ramach których nowym przybyszom z Rumunii i Bułgarii daje się możliwość samodzielnego przeprowadzania remontów mieszkań, co jednocześnie poprawia ich szanse na rynku pracy i warunki życia. Taka strategia jest wielce obiecująca, ale oczywiście też bardziej absorbująca.

Socjolog wskazuje również na to, że większość ludzi żyjących w tych dzielnicach, nie ma w ogóle żadnych szans na znalezienie lokum na regularnym rynku nieruchomości. Tam dyskryminacja cudzoziemskich rodzin jest jeszcze większa niż w społeczeństwie. Ministerstwo rozwoju przestrzeni miejskiej Nadrenii Płn.-Westfalii subwencjonuje w bieżącym roku rozbiórki i remonty zaniedbanych domów sumą 33 mln euro.  Beneficjentami mają być: Dortmund, Duisburg, Essen, Gelsenkirchen, Hagen, Hamm, Herne i Wuppertal spoza Zagłębia Ruhry.

Carsten Gruen / Małgorzata Matzke