Stanisław Soyka: z wiekiem staję się bardziej liryczny | Kultura | DW | 28.11.2016
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Kultura

Stanisław Soyka: z wiekiem staję się bardziej liryczny

Jako śpiewak jestem człowiekiem słowa. Z wiekiem może staję się po prostu bardziej liryczny - mówi Stanisław Soyka*

DW: Pochodzi Pan z Gliwic, miasta, które muzyką stoi. Czy również artystystycznie jest pan Hanysem? Co ma Pan w sobie z "lelwra, lebra, pamponia, soronia, hadziaja czy barbara"**?

Stanisław Soyka: (Śmiech) Wszystkich tych określeń, poza Hanysem, nie znam. Jestem absolutnie Hanysem, rdzennym Ślązakiem, ale co interesujące, języka nabrałem bardziej z południa, z Podbeskidzia. Tam gwara jest bardziej nasączona czeskim, niż niemieckim. Jednak ciekawe byłoby poznać znaczenie tych słów.

Dużo Pan gra za granicą?  Kto przychodzi na Pana koncerty?

Nie, raczej jestem artystą krajowym. Z wyboru zresztą. Byłem związany z RCA**, przez trzy lata mieszkałem w Anglii. Ostatnio koncertowałem w Wiedniu i byłem tam pierwszy raz od 18 lat. A na moje koncerty przychodzą głównie Polacy i ich zagraniczni partnerzy.

Kiedyś przeczytałam na plakacie koncertowym: klasyka muzyki niemieckiej – od Beethovena do Dietera Bohlena – do którego bieguna jest Panu bliżej? A tak na poważnie, który niemiecki kompozytor miał na Pana największy wpływ?

Bach, Haendel. Haendel miał kapitalny wpływ, generalnie barok. A jeżeli chodzi o Niemców, to Telemann! Z Georgiem Philippem Telemannem miałem nawet pewną przygodę. W roku dyplomowym, w szkole muzycznej trzeba było się przygotować do egzaminu. Ja wybrałem moją ulubioną sonatę Telemanna. Dobrze przygotowany, pewny siebie wychodzę przed komisję, i …pustka. Nic nie pamiętałem. Ułamki sekund, a ty nie wiesz, co zrobić. Zdecydowałem się improwizować… Telemannem (śmiech). Skończyłem, profesor do mnie "dziękujemy Stasiu”, na zasadzie „Dziękujemy, zadzwonimy do Pana”. Na następnej lekcji mój profesor, świętej pamięci kochany Tadeusz Borkowski mówi: "Staszek, słuchaj, ty wiesz, że nie będziesz Ojstrachem. Po co ci skrzypce? Ty masz talent improwizatorski i powinieneś studiować kompozycję”. I tak zrobiłem.

Czyli można powiedzieć: Niemiec zabił w Panu skrzypka, by zrodzić genialnego improwizatora i kompozytora?

(Śmiech).I to była absolutnie kluczowa sytuacja w moim życiu!

Śpiewał Pan Sonety Szekspira w staroangielskim. Czy zaśpiewałby Pan Goethego czy Schillera, a może Panu bliżej do Rainera Marii Rilkego?

Myślę o tym od dawna. Uwielbiam Rilkego, choć wprawdzie znam go po polsku. Ale po niemiecku to bym też dał radę. To przede mną. (uśmiech)

 

Jeszcze dwa lata temu mówił Pan o sobie „polonofil” i o tym, że nie widzi powodu i sensu w emigracji. Jak Pan po latach wspomina swój pobyt w Niemczech?

Tak, i nigdy się to nie zmieniło. Miałem to szczęście, że przez muzykę zacząłem jeździć również na Zachód. Potem byłem związany z wytwórnią RCA***, mieszkałem we Frankfurcie nad Menem. Mając świetnego menedżera i będąc w sytuacji, w której właściwie zupełnie nie musiałem zabiegać o przetrwanie. Podpisałem jednocześnie kontrakt na komponowanie piosenek dla wydawnictwa "Cyclus”, które jest przy UFA. To był strasznie lukratywny kontrakt, ponieważ za każdą sztukę dostałem 2 tys. ówczesnych DM. Wtedy to były kolosalne pieniądze. Mogłem pozwolić sobie na to, by mieszkać wahadłowo – we Frankfurcie i Warszawie. To był 1986, 1987 i kawałek 88. Rodzina została w Polsce, ja mieszkałem tutaj, ale w zasadzie jeździłem jak tramwajem „Frankfurt –Warszawa”. Jak miałem czas wolny, a czas wolny miałem praktycznie na okrągło. W zasadzie więcej występowałem w mediach, radiach i telewizjach, niż na żywo. Cierpiałem z tego powodu. W sumie brakowało mi takiego spotykania się muzyków …

A w jaki sposób trafił Pan do Niemiec?

W 1985 do Warszawy przyjechał Bob Lyng, amerykański lingwista, psycholog, a jednocześnie znawca popu, współpracował wówczas z Maanamem. Bob momentalnie zachwycił się moimi nagraniami, a już w lutym następnego roku zorganizował mi koncert w prestiżowym klubie „Batschkapp” we Frankfurcie. Śpiewałem w duecie z moim przyjacielem Zbyszkiem Brysiakiem. Tego wieczoru był tam też Franz von Auersperg, ówczesny dyrektor artystyczny „RCA Ariola”. I był też ten gość, starszy pan z Cyclusa właśnie. Umówiliśmy się pod koniec tygodnia na podpisanie kontraktu na trzy płyty z RCA i na napisanie 40 piosenek dla Cyclusa. Jednego dnia właściwe spłaciłem swoje kilkuletnie długi. W 1988 właściwie na dobre wróciłem do Warszawy.

To był koniec wątku, nazwijmy to "frankfurckiego”?

Nie, tak się złożyło, że Bob Lyng przyjaźnił się z Dieterem Meierem i z Borysem Blankiem z zespołu Yello. Spotkaliśmy się na kolacji we Frankfurcie. Rozmowa zeszła na plany filmowe Dietera (który był – jest nie tylko muzykiem, ale i artystą konceptualnym, red.). Rozmawialiśmy o tym, że Dieter chce zrobić artystyczny film w Polsce, że potrzebuje kontaktów. Bob powiedział, że nie ma lepszego pośrednika, niż ja. No i rzeczywiście – stałem się takim "middlemanem”, skontaktowałem go z doskonałymi ludźmi. I nawet śpiewam tam w jednej scenie. To, że tak szybo zakolegowaliśmy się, było darem. Potem któregoś razu mówię mu, że chciałbym nagrać popową płytę, akustyczną. A wszystko to zanim pojawił się MTV unplugged. I Dieter sfinansował w całości tę płytę (bestsellerowy album „Acoustic” 1988, red.)

Jaka jest niemiecka publiczność?

Bardzo dobra. I rzeczywiście taka, hm … bardzo wyedukowana i muzykalna.

Rock & Chanson Festival Stanislaw Soyka (DW/A. Maciol-Holzhausen)

Soyka Trio, Gwiazda 24 edycji festiwalu Rock & ChansonFestival w Kolonii

I Pan, będąc na scenie, czuje to?

No tak! Czuję. To zdaje się w ogóle leży w muzycznym nauczaniu początkowym. W Polsce też tak było, ale odkąd mamy reformę edukacji, czyli od jakichś 20 lat, nie ma uczciwego nauczania. To jest utrata pewnej ciągłości, kilka roczników nie zostało, że tak powiem, zainicjowanych muzycznie. To bardzo zły obrót sprawy. Do tego jeszcze sto lat temu w domu śpiewała matka albo babka. Moja mama cały czas śpiewa w domu …

Co Panu dał pobyt w Niemczech?

Bardzo wiele. To był czas, kiedy w Polsce nie było kapitalizmu w takim sensie, w jakim on, tutaj na Zachodzie, nieprzerwanie egzystował. Nauczyłem się, jak działają wydawnictwa płytowe, jak ważna jest promocja, wizerunek, jak ważna jest świadomość tego, co się chce robić. I pracowitość. Tutaj nauczyłem się, że zawsze musi być następny krok. Tyle jesteś wart, ile twoja ostatnia praca.

Poza tym poznałem świetnych ludzi, świetnych Niemców, z niektórymi utrzymuję kontakt do tej pory. Spotkaliśmy się w rocznicę śmierci Boba, bo odszedł lat temu siedem.

Zaczynał Pan od amerykańskiego swingu i jazzu, by dryfować w kierunku Tryptyków Rzymskich, Osieckiej, Leśmiana, moralitetów i erotyków …

Jako śpiewak jestem człowiekiem słowa. Choć umiem tworzyć w sposób przyzwoicie poetycki, to jednak nie jestem poetą. Żeby być poetą, trzeba poświęcić temu życie. Ja jestem muzykiem i poświęciłem swoje życie muzyce. A muzyka jest absolutną abstrakcją.

Z wiekiem może staję się po prostu bardziej liryczny. Zacząłem od soulu i to była moja fascynacja. Latami penetrowałem to terytorium dość mocno, aż do momentu, w którym się z zorientowałem, że po pierwsze, jeżeli chcę się skomunikować z moją publicznością, to muszę śpiewać po polsku. A więc zacząłem skłaniać się ku językowi. Na dobrą sprawę to, że zacząłem pisać po polsku, kształtowało moje melodie. I doszedłem do takiej wprawy, że potrafię oprawić muzycznie poetycki tekst w taki sposób, że jest on zrozumiały i łatwiej przyswajalny.

Czy uważa Pan, że scena polityczna jest odpowiednia dla artystów? Że powinni mieć taki moralny atawizm wypowiadać się na bieżące tematy polityczne?

Nie. Zawsze uważam, że sztuka to nie publicystyka, a kiedy raz, w połowie lat dwutysięcznych, zaangażowałem się, to bardzo szybko tego pożałowałam. Postanowiłem, że to się już nigdy nie powtórzy.

Co Pana niepokoi w tej sytuacji?

Mnie najbardziej niepokoi język, jakiego zaczęto używać. On jest bardzo zły, bardzo trujący i wydaje mi się, że niestety nie pozostaje bez wpływu na postawy. A nie ma nic gorszego, niż dopuścić do siebie nienawiść. Muszę przyznać, że ja od początku tego roku naprawdę musiałem mocno ze sobą walczyć, żeby nie dopuścić nienawiści. I – proszę państwa – nie dajmy się.

Jaką muzykę poleciłby Pan dziś na skołatane, skorodowane złością serca Europejczyków?

Cały barok, wszyscy wiedeńscy klasycy, potem Beethoven, Chopin, Debussy, Szymanowski.

I dużo popu. Takiego popu z charakterem. Na przykład Dylana.

Rozmawiała: Agnieszka Rycicka

Zdjęcia: Ania Macioł-Holthausen

Rozmowa przeprowadzona 25 listopada 2016, podczas 24. Rock & ChansonFestival w Kolonii.

 

 

 

* Stanisław Soyka (ur. 1959), polski wokalista jazzowy i popowy, pianista, gitarzysta, skrzypek, kompozytor i aranżer. 

**Zaczerpnięte z prozy Aleksandra Lubina: "Mimry z mamrami. Hanek i oni (elwry, lebry, pamponie, soronie, hadziaje i barbary) – albo o moich przodkach i zadkach”. 2016 Silesia Progress

**RCA Recordswytwórnia płytowa założona w 1901 roku, będąca obecnie oddziałem Sony Music Entertainment, w której Soyka wydał pierwszą międzynarodową płytę “Stanisław Soyka”. Producent Harold Faltermeyer.