1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Polityka

Polska przegrywa batalię o pracowników delegowanych

Reforma zasad delegowania pracowników rozbiła jedność Grupy Wyszehradzkiej w Radzie UE. Pomimo sprzeciwu Polski i Węgier przyjęła projekt bardzo bliski postulatom Emmanuela Macrona.

Przeciw reformie opowiedziały się tylko Polska, Węgry, Litwa i Łotwa, a wstrzymała się Wlk. Brytania, Irlandia i Chorwacja. Kraje Grupy Wyszehradzkiej przyjechały na poniedziałkowe posiedzenie Rady UE w Luksemburgu ze wspólnym stanowiskiem, ale ostatecznie Wyszehrad się podzielił – Słowacja i Czechy poparły kompromis w Radzie UE. – Jestem zawiedziona, że Grupie Wyszehradzkiej nie udało się utrzymać jedności – powiedziała minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbieta Rafalska.

Unijni ministrowie zatwierdzili w poniedziałek późnym wieczorem (23.10.2017) stanowisko Rady UE w sprawie reformy delegowania, którą Komisja Europejska zainicjowała w 2016 r. Polacy to około 460 tys. z łącznie dwóch milionów delegowanych w UE. To pracownicy wysyłani np. przez polską firmę do pracy we Francji, gdzie zgodnie z dotychczasowymi zasadami wystarczy im płacić francuską płacę minimalną. Z kolei ubezpieczenia społeczne (zdrowotne, rentowe, emerytalne) odprowadzają w Polsce, co znacznie obniża koszty zachodniego zleceniodawcy.

Jeden rok Macrona

Komisja Europejska zaproponowała, by delegowanie ograniczyć do dwóch lat, ale Polska (wraz z wieloma krajami młodszej części Unii) długo broniła się przed narzucaniem jakiegokolwiek limitu czasowego. Jednak gdy już w czerwcu w Radzie UE szykowała się kapitulacja w sprawie dwóch lat, to prezydent Emmanuel Macron zażądał skrócenia czasu delegowania do jednego roku. Dlatego decyzję przełożono z czerwca na posiedzenie ministrów w tym tygodniu, a Macron wyruszył latem na tournée po Europie Środkowej i Wschodniej, ale skrzętnie omijając Polskę.

Grupa Wyszehradzka przyjechała do Luksemburga już w pełni pogodzona z limitem dwóch lat, ale Rada UE po dwunastu godzinach negocjacji przyjęła limit jednego roku z możliwością przedłużenia o kolejne pół roku na „uzasadniony wniosek” (kryteria zostaną jeszcze dopracowane) przedsiębiorców delegujących pracowników. Po upływie tego czasu np. Polacy delegowani do Francji będą na równi z miejscowymi płacić francuskie składki na francuskie ubezpieczenie społeczne.

Francję w sprawie jednorocznego limitu od początku popierały Niemcy. A hiszpańska minister pracy Maria Banez Garcia przeszła z „obozu dwóch lat” do „jednego roku” dopiero po południu – po długich rozmowach dwustronnych z francuską minister Muriel Penicaud.

Wyższe płace dla delegowanych

Ponadto Rada UE zaakceptowała – mocno wspieraną przez zachodnią część Unii – propozycję Komisji Europejskiej, by pracownikom delegowanym należała się nie płaca minimalna bez żadnych dodatków, lecz wynagrodzenie zgodne z regułami i układami zbiorowymi w kraju goszczącym. Chodzi m.in. o dodatki na budowach np. przy złej pogodzie.

Grupa Wyszehradzka i parę innych krajów tego regionu już nawet nie próbowało zwalczać zamiany płacy minimalnej na regularne wynagrodzenie, bo było ich za mało na mniejszość blokującą. – Równa płaca za tę samą pracę w tym samym miejscu – powtarzała w Luksemburgu komisarz UE ds. zatrudnienia Marianne Thyssen.

Belgien EU-Kommissarin Marianne Thyssen in Brüssel (picture-alliance/dpa/BELGA/N. Maeterlinck)

Marianne Thyssen, komisarz UE ds. zatrudnienia i polityki społecznej

Według nieoficjalnych szacunków Brukseli sprzed dwóch lat, średni miesięczny koszt zatrudnienia mało wykwalifikowanego Polaka w sektorze budowlanym wzrośnie po reformie średnio w Belgii z 1718 do 2991 euro, we Francji z 1587 do 1960 euro, a w Niemczech z 2380 do 2897 euro. A zatem dla niemieckiego pracodawcy oszczędność z zatrudnienia budowlańca Polaka zamiast Niemca spadłaby z 562 do 45 euro na miesiąc.

Ustępstwem na rzecz m.in. Grupy Wyszehradzkiej jest uzgodniony w Luksemburgu czteroletni (czyli dwa razy dłuższy, niż zwykle) poślizg w stosowaniu nowej dyrektywy. Jeśli zostanie ostatecznie zatwierdzona w 2018 r., to nowe zasady zaczną obowiązywać w 2022 r.

Odrzucona oferta Wyszehradu

W Luksemburgu ustalono, że w międzynarodowych przewozach drogowych (Polska jest w tej branży największym graczem w UE) będą obowiązywać dotychczasowe zasady płac aż do czasu przyjęcia odrębnego prawa UE o sektorze transportowym.

Francja, Niemcy i Austria uznają przewozy za zwykłe delegowanie kierowców i dlatego w ostatnich dwóch latach zaczęły żądać – zgodnie z obecnymi regułami delegowania – francuskiej i niemieckiej płacy minimalnej. Komisja Europejska częściowo ogranicza te zapędy za pomocą trwających procedur dyscyplinujących wobec Berlina, Paryża i Wiednia. Ale zarazem przedstawiła w maju – zwalczany do ostatniej przez komisarzy UE z Polski (Elżbieta Bieńkowska) i Węgier (Tibor Navracsics) – projekt objęcia kierowców regułami lokalnej płacy minimalnej już po trzech dniach jazdy za granicą.

Grupa Wyszehradzka usiłowała w Luksemburgu kusić swą nową ofertą – zgoda na objęcie kierowców nie tylko płacą minimalną, ale i zwykłymi zasadami wynagrodzenia (jak resztę delegowanych po reformie), ale dopiero po dziesięciu dniach jazdy do zagranicznego odbiorcy albo po siedmiu dniach kabotażu (gdy np. Polak po dowiezieniu towaru do Hamburga bierze ładunki do przewiezienia na terenie Niemiec – np. z Hamburga do Berlina). Ponadto Wyszehrad chciał w poniedziałek klarownego zapisu, że zasady delegowania nigdy nie będą stosowane do tranzytu – np. Berlin nie będzie regulować płac kierowców wiozących ładunek z Warszawy do Paryża przez Niemcy.

Jednak większość ministrów w Luksemburgu nie chciała podejmować szczegółowych zobowiązań w kwestii transportu drogowego, bo jego zasady mają być – istnieje spore ryzyko, że niekorzystnie dla Polski – negocjowane w odrębnych przepisach. – Głównie ze względu na transport nasze stanowisko jest na nie – tłumaczyła minister Rafalska, gdy minister Jevgeni Ossinovski w imieniu estońskiej prezydencji w Radzie UE pytał o zgodę na poniedziałkowy kompromis.

Teraz negocjacje z europarlamentem

Rada UE wkrótce przystąpi do negocjacji z Parlamentem Europejskim (ten opowiada się za limitem dwóch lat dla delegowania), bo do zatwierdzenia reformy trzeba zgody tych obu instytucji UE. Dla krajów Zachodu zaostrzanie zasad delegowania to zwalczanie „dumpingu socjalnego” (ten termin lubią zwłaszcza Francuzi), czyli nieuczciwego konkurowania zaniżonymi kosztami płacy. – To kluczowy krok ku „Europie, która chroni”, o czym mówi prezydent Macron – przekonywała w Luksemburgu francuska minister Penicaud. Natomiast dla Polski (to jest konsensus PiS i PO), to uderzanie w konkurencyjność polskich firm, których atutem są m.in. niskie koszty – a zatem protekcjonizm ze strony unijnego Zachodu.

Reforma zasad delegowania to temat tak zapalny dla Unii, że część wpływowych ekspertów w Brukseli pyta, czy warto było otwierać puszkę Pandory i zaogniać stosunki na linii unijny wschód-zachód. Zwłaszcza, że delegowani stanowią niespełna 1 procent pracowników w Unii.

Tomasz Bielecki, Luksemburg