1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Polityka

Polska przed Trybunałem UE za nieprzyjmowanie uchodźców

Bruksela składa skargę do Trybunału Sprawiedliwości UE z powodu bojkotowania przez Polskę unijnego rozdzielnika z 2015 r. Udałoby się tego uniknąć dzięki przejęciu 40-50 uchodźców. Ale Warszawa nie chciała ani jednego.

Obóz przejściowy dla uchodzców na Lesbos (picture-alliance/NurPhoto/J. Hilton)

Obóz przejściowy dla uchodzców na Lesbos

Decyzja o skardze na Polskę powinna zostać sformalizowana i ogłoszona przez Komisję Europejską w ten czwartek. Postępowanie przed Trybunałem Sprawiedliwości UE w Luksemburgu, który jest władny do nakładania olbrzymich grzywn, może potrwać nawet dwa lata.

Chodzi o obowiązkowy rozdzielnik uzgodniony przez państwa UE jesienią 2015 r. i przewidujący podział do 120 tys. uchodźców docierających przez morze do wybrzeży Grecji i Włoch do dnia 26 września 2017 r. (podział kolejnych 40 tys. przyjęto na zasadzie dobrowolnej). Relokację przegłosowano przy sprzeciwie Czech, Rumunii, Słowacji i Węgier. Rząd Ewy Kopacz po długim ociąganiu bardzo niechętnie poparł rozdzielnik (z grupą ok. 7 tys. uchodźców dla Polski). Po zmianie władzy rząd Beaty Szydło najpierw formalnie zaproponował sto wolnych miejsc, ale tłumaczył, że nie znalezione ludzi nadających się do przyjęcia w Polsce bez narażania na szwank bezpieczeństwa kraju. A potem ogłosił, że nie przyjmie nikogo. Komisja Europejska już w czerwcu tego roku wszczęła postępowanie dyscyplinujące wobec Polski, a także Węgier (nie przyjęły nikogo) oraz Czech (przyjęły 12 osób, ale potem przez rok nikogo).

Potrzeby relokacyjne Unii okazały się znacznie mniejsze od oczekiwanych w 2015 r. Dotychczas rozdzielono ok. 32 tys. uchodźców, a w Grecji i Włoszech czeka jeszcze tylko kilka tysięcy migrantów z szansami na relokację – to znaczy przybyłych do 26 września oraz z „ewidentną potrzebą ochrony międzynarodowej” (czyli uchodźców). Dlatego spór Brukseli z Warszawą ma obecnie charakter głównie symboliczny – chodzi o sam fakt łamania przez rząd Szydło unijnego prawa, czyli rozporządzenia Rady UE o relokacji. Unijni urzędnicy nieraz sugerowali, że przyjęcie kilkudziesięciu osób przez Polskę zamknęłoby cały konflikt. W całej Grecji i Włoszech nie nawet tylu kandydatów do relokacji, ilu przewiduje relokacyjny przydział dla Polski z 2015 r.

Rozdzielnik początkowo bardzo szwankował, bo Włosi i głównie Grecy nie radzili sobie z obsługą administracyjną – pobieraniem odcisków palców, potwierdzaniem tożsamości, prześwietlaniem kandydatów do relokacji. Ale potem przeforsowana przez kanclerz Angelę Merkel umowa UE z Turcją z marca 2016 r. zmniejszyła aż o 97 proc. ruch na szlaku bałkańskim – z Turcji do Grecji przez Morze Egejskie, a potem lądem na północ Europy, a w zasadzie do Niemiec. Natomiast stanowcza większość Afrykańczyków przeprawiających się w ostatnim roku z wybrzeży Libii do Włoch, to migranci ekonomiczni. Nie kwalifikują się zatem do relokacji, bo jej wstępnym kryterium jest „ewidentna potrzeba ochrony międzynarodowej”.

Estonia szuka kompromisu

Na stole negocjacyjnym w Brukseli wciąż leży projekt stałego rozdzielnika obliczonego pod przyszłe kryzysy uchodźcze z karą 250 tys. euro za jednego nieprzyjętego uchodźcę z przydziału dla każdego kraju Unii, co Komisja Europejska zaproponowała w 2016 r. Parlament Europejski mocno popiera taki federacyjny podział migrantów (choć zamiast nakładania kar woli zawieszanie funduszy unijnych), ale projekt na dobre utknął w Radzie UE (ministrowie krajów Unii). Pierwszy rozdzielnik z 2015 r. wywołał tak silne podziały w Uniii pomógł populistom w Europie środkowej, że Rada UE wciąż trzyma się swego politycznego postanowienia, by przyszłe zasady postępowania w kryzysach migracyjnych przyjąć przez konsensus, a nie w głosowaniu większościowym. Szkopuł w tym, że Polska i Węgry odrzucają wszelkie pomysły na dzielenie uchodźców na poziomie unijnym. Natomiast Grecja i Włochy chcą pełnej współodpowiedzialności całej Unii za migrantów przekraczających ich granice.

Estońska prezydencja w Radzie UE przed kilku dniami zaproponowała – podczas obrad ambasadorów krajów Unii za zamkniętymi drzwiami – kompromis, który de facto równa się rezygnacji z obowiązkowej relokacji. Ale to nie podoba się wielu krajom. – Można dyskutować o liczbach, ale nie można się zgodzić, że jakieś kraje Unii nie przyjmą ani jednego uchodźcy – tłumaczył nam niedawno zachodni dyplomata. Szef Rady Europejskiej Donald Tusk uważa, że obowiązkowy rozdzielnik nie ma „przyszłości”, ale sprawa tej reformy powinna zostać zamknięta w czerwcu 2018 r. Część krajów Unii uważa, że powinno się wówczas porzucić poszukiwanie konsensusu na rzecz głosowania większościowego. Ale bardzo możliwe, że negocjacje będą trwały i po upływie terminu postulowanego przez Tuska.

Teraz dobrowolne przesiedlenia

Obecnie unijnym priorytetem stało się, jak postulował Tusk od 2015 r. (wówczas w sporze o relokację z Angelą Merkel i Jeanem-Claude’em Junckerem), uszczelnianie granic, usprawnianie deportacji migrantów bez widoków na azyl, a także dogadywanie się z krajami Afryki subsaharyjskiej, by zwalczały przemyt ludzi na szlaku do Libii. Ta nie ma jednego rządu, ale Rzym na własną rękę opłaca podobną współpracę z rozmaitymi watażkami i władzami lokalnymi na wybrzeżu libijskim. Ponadto Bruksela stawia na przesiedlenia do UE bezpośrednio z obozów dla uchodźców na Bliskim Wschodzie, ale to program dobrowolny. Kraje Unii od 2015 r. przesiedliły około 26 tys. uchodźców (Polska nikogo), w tym blisko 12 tys. Syryjczyków z obozów w Turcji.

Tomasz Bielecki, Bruksela

 

Redakcja poleca