1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Gospodarka

„Podatek Tesco” w Polsce. Czego boją się hipermarkety?

Już w I kwartale 2016 PiS zamierza opodatkować hipermarkety. Ale - wbrew nazwie - podatek Tesco dotknie nie tylko gigantów.

PiS to partia o prosocjalnej retoryce. Większe zobowiązania dla bogatych, pomoc biedniejszym - taki plan gospodarczy ma partia Jarosława Kaczyńskiego a „podatek Tesco” to jeden z jego elementów.

Nowy projekt ma - wg jego pomysłodawców - zmniejszyć dominację dużych sieci nad zagrożonymi przez nie małymi sklepami, które mają mniej możliwości żonglowania swoimi finansami i tzw. optymalizacji podatkowej. Cel realny to, oczywiście, zwiększenie dochodów budżetu, które muszą wzrosnąć, by choć częściowo pokryć koszty wyborczych obietnic PiS, m.in. świadczeń 500 zł na każde dziecko.

Polen Makro-Markt in Krakau

Nowy podatek obejmie tylko powierzchnie sklepowe powyżej 250 m kw

Transfery wewnątrz korporacji

Czy wielkie sieci rzeczywiście uciekają przed polskim fiskusem? Dane na ten temat pozbierał m.in. popularny serwis ekonomiczny Money.pl. Biedronka, największy gracz na polskim rynku spożywczym, sprzedała w zeszłym roku towary za ok. 32 mld zł i zapłaciła od tego ok. 0,92 proc. CIT-u - 296 mln. Kolejny gigant, Lidl - wg danych za 2014 - zapłacił ok. 1,09 proc. CIT-u. Powszechnie obowiązująca w Polsce stawka to 19 proc. By zmniejszyć swój CIT sieci stosują różne metody, m.in. przenoszą zyski wewnątrz korporacji, wykazując np., że płacą centralom za używanie logo. Zyski obniżają też otwierając nowe sklepy i wrzucając to w koszty.

Wydawało się, że PiS do niedawna jeszcze sam nie wiedział, jak wyglądać będą szczegóły projektu. Ostatecznie wybrano jeden wariant.

- Wyjdziemy do Sejmu z wariantem 2 proc., bez progresji. Podstawą opodatkowania jest przychód hipermarketów. Chcielibyśmy, żeby ustawa weszła w życie jak najszybciej. Nie wiem, czy uda się od 1 stycznia 2016 r., ale powinna już obowiązywać w pierwszym kwartale przyszłego roku. Ustawa będzie dotyczyć sklepów o powierzchni powyżej 250 m kw. i sprzedaży detalicznej. W skali roku powinno dać to ok. 3,5 mld zł wpływów do budżetu - mówił mediom parę dni temu poseł Henryk Kowalczyk, jeden z twórców gospodarczej wizji PiS, typowany też na medialnej giełdzie na ministra finansów.

Polen Supermarkt Biedronka

Za Biedronką kryje się spółka Jeronimo Martins

Kto zapłaci? Nie tylko giganci

O podatku Tesco mówi się w mediach głównie w kontekście sieci posiadających hipermarkety, czyli sklepy o powierzchni powyżej 2 tys. m kw. Ich właścicielami w Polsce są zagraniczne spółki - Jeronimo Martins (Biedronka), Lidl, Auchan, Carrefour czy Tesco. To właśnie one mają największe obroty i odprowadzą do budżetu najwięcej w ramach nowego podatku. Został on ochrzczony - zresztą po podobnej zmianie na Węgrzech – od wprowadzenia tam „podatku Tesco” w 2014 roku, które najbardziej obciążyło właśnie brytyjską sieć.

Wg projektu PiS nowy podatek mają zapłacić jednak sklepy większe niż 250 m kw. – niezależnie od tego, co sprzedają. Nie tylko zatem spożywcze, ale i np. odzieżowe, w tym spółki LPP - polskiego giganta odzieżowego z centralą na Pomorzu, duże apteki czy drogerie, np. sieci Rossmann, salony samochodowe, księgarnie, w tym Empiku. Nie zapłacą m.in. markety Żabki - jednej z największych sieci franczyzowych, której sklepy są małe. Z podatku wyłączone są hurtownie i stacje benzynowe - podkreśla „Gazeta Wyborcza”, która przeanalizowała projekt PiS.

Największy płatnik: Biedronka

Kto zapłaci najwięcej? Oczywiście Biedronka. Gdyby utrzymała zeszłoroczne dochody, wpłaciłaby do budżetu ok. 640 mln zł, ale wg wstępnych szacunków może być to nawet 700 mln - sieć Biedronki się wciąż rozrasta.

Polen Einkaufsdiscounter Netto in Kostrzyn

Tanie niemieckie markety Netto weszły też do Polski

Co dadzą polskiej gospodarce te zmiany? Przede wszystkim zyski do budżetu. PiS liczy też, że nowy podatek ograniczy ekspansję sieci spożywczych i może uratuje trochę mniejszych biznesów handlowych. Czego boją się eksperci? Tego, że podatek w dłuższej perspektywie tylko wzmocni dysproporcje na rynku, bo bardziej osłabi mniejsze sieci niż gigantów. Może też pogorszyć i tak już trudną sytuację krajowych dostawców, którym sieci narzucają ceny i terminy spłat.

Efekt? „Najsilniejsi gracze na rynku przycisną dostawców i będą się starać jak najdłużej nie podnosić cen w sklepach. Czekając, aż wykrwawi się i wycofa z polskiego rynku ich słabsza konkurencja” - obawia się „Gazeta Wyborcza”.

Prof. Elżbieta Mączyńska: To ruch obronny

- Kierunek jest generalnie słuszny - ocenia w rozmowie z DW prof. Elżbieta Mączyńska, szefowa Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego i wykładowca w Szkole Głównej Handlowej. - Zmiana w myśleniu o podatkach to konieczność. W Polsce, mimo wzrostu gospodarczego, podatki dochodowe od przedsiębiorstw nie rosną w takim stopniu, jak przychody.

Badania pokazują, że Polska jest jednym z najbardziej poszkodowanych budżetowo krajów UE, jeśli chodzi o skutki optymalizacji podatkowej. Oczywiście, sieci podatki płacą, ale je optymalizują, co jest naturalne, a nawet jest ich obowiązkiem jako korporacji. I mają ku temu ogromne możliwości. W ramach istniejących przepisów wymykają się fiskusowi, dlatego fiskus szuka innej podstawy opodatkowania - tej, która nie znika. A takim punktem są obroty. Z punktu widzenia państwa to ruch obronny - wyjaśnia ekspertka.

- Handel wielkopowierzchniowy to nie działalność charytatywna. A hipermarkety wykazują rentowność brutto 2 proc., momentami nawet 0,5 proc. To bliskie działalności charytatywnej. Ale z handlu jakoś nikt nie ucieka, hipermarkety z Węgier nie wywędrowały - dodaje.

Diabeł tkwi w szczegółach

Jak jednak ocenia, o ile idea jest dobra, to diabeł tkwi w szczegółach. Wg Mączyńskiej co najmniej dwie kwestie w projekcie PiS są do skorygowania, by nowy podatek nie zabił mniejszych przedsiębiorstw: podatek powinien być progresywny i objąć tylko największe sklepy.

Na pozycję sieci handlowych w Polsce wpływa jeszcze jedna sprawa: - Polska popełniła błędy, jakich nie popełniły Niemcy: wpuściła hipermarkety do centrów miast, które w części stały się biznesowo martwe. Przykład? Ul. Św. Marcina w Poznaniu. Także w ten sposób sieci pozbawiają budżetu wpływów z podatków - niszcząc mały i średni biznes. Niemcy postąpili pod tym względem mądrzej, np. w centrum Berlina hipermarketów nie widziałam, w centrum Warszawy są, podobnie jak w centrach dzielnic – wyjaśnia ekspertka.

Czy zmiany uderzą w klientów? - Sieci, oczywiście, będą próbowały przerzucić na nich część dodatkowych kosztów. Ale w warunkach nadmiaru i konkurencji, jakie dziś mamy, klienci mogą się bronić. Są i bazarki, i inne sklepy, więc biznes nie może bezkarnie wszystkiego przerzucić na klienta. Myślę, że nawet, jeśli to nastąpi, to z czasem się wyrówna.

Monika Margraf, Warszawa