1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Społeczeństwo

Niezwykłe chwile na "Marszu Życia": "Niech teraz potomkowie sprawców podejdą do Polaków i Żydów, by ich objąć" [REPORTAŻ]

Kilkuset Niemców, Żydów i Polaków przemierzyło w miniony weekend w "Marszu Życia" trasę z Gliwic do Oświęcimia. W ten sposób chcieli uczcić pamięć tysięcy ofiar marszów śmierci, które były ostatnim akordem holocaustu.

Inicjator marszów życia, pastor Jobst Bittner z Tybingi, ma niezwykły talent. Przy pomocy kilku słów potrafi wydobyć z ludzi emocje, których zapewne nawet w sobie nie podejrzewali. Tak było i tym razem, gdy młodzi, ale już dorośli ludzie, Niemcy z Tybingi czy Lipska, opowiadali najpierw w Gliwicach, a potem na rampie obozu zagłady w Brzezince o swoich przodkach, o zbrodniczej przeszłości których dowiedzieli się dopiero niedawno. Nie kryli przy tym swego głębokiego wzruszenia, a nawet łez.

Marsze życia nie przypadkiem zrodziły się w Tybindze. To piękne, stare miasto w Badenii-Wirtembergii, 45 km na południowy wschód od Stuttgartu, leży w dolinie rzeki Neckar oddzielającej Czarny Las (Schwarzwald) od Jury Szwabskiej (Schwäbischer Alb). Słynie z wystaw w Hali Sztuki (Kunsthalle), oraz z jednej z najstarszych niemieckich uczelni – utworzonego w 1477 roku Uniwersytetu Eberharda Karola, na którym wykształciło się lub pracowało już ośmiu noblistów.

„My, potomkowie sprawców…”

Marsch des Lebens 2015 Auschwitz Gleiwitz

Pastor Jobst Bittner z Tybingi

Ale właśnie ta uczelnia ma się też czego wstydzić. Odegrała bowiem znaczącą rolę w wysiłkach na rzecz rzekomo naukowego uzasadniania polityki III Rzeszy. Z raportów badawczej grupy roboczej, która powstała na uniwersytecie w 2002 roku, można między innymi dowiedzieć się o odbieraniu przez nią tytułów naukowych, o przymusowej sterylizacji Cyganów, oraz o przymusowym zatrudnianiu ludzi z okupowanych państw, wśród których co trzeci był Polakiem.

– Tybinga była miastem nazistowskim, które wykształciło kadry dla oddziałów SS odpowiedzialnych za śmierć 700 tysięcy Żydów mówi pastor Bittner. Częścią tej winy były też jego zdaniem obojętność i milczenie mieszkańców w obliczu zagłady. – My, potomkowie sprawców, chcieliśmy je przerwać. I zorganizowaliśmy w 2007 roku marsz życia, żeby przypomnieć przeszłość, a jednocześnie ustanowić znak przeciw antysemityzmowi i na rzecz Izraela – dodaje pastor.

„W domu się o tym nie mówiło…”

W pierwszym marszu życia wzięło udział według Bittnera dwustu, trzystu ludzi. Potem jednak idea rozprzestrzeniła się na całe Niemcy, Europę, Amerykę. – Do tej pory marsze życia odbyły się w ponad stu miastach w 14 państwach – podkreśla pastor z Tybingi.

Pod jego wpływem wielu młodych ludzi z Tybingi zaczęło szczegółowo badać co w czasie wojny robili ich przodkowie.

W sobotę (17.01.15), podczas wieczornej uroczystości w przykatedralnym centrum konferencyjnym w Gliwicach pastor poprosił, by wstali ci, którzy wśród przodków mieli sprawców nazistowskich zbrodni. Podniosło się kilkadziesiąt osób.

Troje z nich zaprosił na podium. – W domu się o tym w ogóle nie mówiło powtarzali zgodnie. Prawda, do której dochodzili, była dla nich szokiem. Mówili o niej ze łzami w oczach. A potem prosili tych, których przodków skrzywdzili ich dziadkowie, o przebaczenie.

Niech teraz potomkowie sprawców podejdą do Polaków i Żydów, by ich objąć poprosił pastor. Niektórzy zastygli w tym uścisku na długie minuty. Obecni wstrzymali oddech pod naporem emocji, która wypełniła powietrze.

Marsch des Lebens 2015 Auschwitz Gleiwitz

Wzruszające chwile: potomkowie oprawców proszą o przebaczenie potomków ofiar

„Moim obowiązkiem jest przeprosić”

Obaj moi dziadkowie żyli w Gliwicach; jeden z nich był policjantem, drugi kolejarzem wspomina Monika. Mówi cicho, ostrożnie dobierając słowa.

Obaj brali jej zdaniem aktywny udział w zagładzie Żydów i Polaków. – Dla mnie ich wina jest oczywista. Policja była w tym czasie tym samym, co SS; nie było różnicy między zachowaniem jednych i drugich twierdzi. Wątpliwości nie ma. Gliwicka policja, której funkcjonariuszem był jeden z jej dziadków, aktywnie uczestniczyła w brutalnej „nocy kryształowej” w 1938 roku, a potem bez rozkazu konfiskowała żydowskie mienie.

Rodzina, która przez lata milczała, dziś nie chce przyjąć do wiadomości, jak było naprawdę. – A przecież potomkowie zgładzonych żyją, tak jak ja żyję. Dla nich to nigdy nie przeminie. I dlatego moim obowiązkiem jest iść do nich, pochylić się, przeprosić.

Monika jest przekonana, że ci, których przeprasza, są z tego powodu szczęśliwi. Choć przecież nie przepraszają ich sami sprawcy, lecz tylko ich potomkowie – gdy to mówi, głos więźnie jej w gardle, a oczy napełniają się łzami.

Również pastor Stefan Haas z Lipska nie ma wątpliwości co do winy swojego dziadka, który najpierw walczył na froncie wschodnim ze Związkiem Sowieckim, a potem jeszcze dziewięć miesięcy w Polsce. – On tu przybył wypełniony dumą, nienawiścią i pogardą, żeby niszczyć i mordować mówi ze smutkiem pastor.

Wątpliwości co do roli jego przodka nie ma też pastor Frank Pfeiffer z Tybingi. Jego dziadek, który był odpowiedzialny za ogrodzenie obozu Auschwitz-Birkenau drutem kolczastym i podłączenie go do prądu, a także uczestniczył w budowie komór gazowych i krematoriów. Mówił o tym właśnie tam, na rampie w Brzezince. I mówiąc to płakał.

Obejrzyj wideo 01:17

Auschwitz. Marsz życia w miejscu śmierci

„Wszyscy go pokochaliśmy”

– Idziemy tu, bo bierzemy na siebie winę za nasz polski antysemityzm mówi zaś Edward Ćwierz, pastor protestanckich wspólnot „Namiot Dawida” z Warszawy i „Wieczernik” w Kielcach – mieście, w którym w 1946 roku Polacy dokonali pogromu Żydów. – I by budować przyjaźń między Polską a Niemcami – dodaje.

Urodzona w Warszawie Inka, która od lat żyje w Stuttgarcie, „kocha Niemcy, kocha Polskę i kocha Izrael”. Dlatego postanowiła przyjechać na Marsz Życia.

Arek z Kalisza bierze zaś udział w marszu życia, „bo holocaust to również nasza historia”.

Marsch des Lebens 2015 Auschwitz Gleiwitz

Yechiel Aleksander, były więzień Auschwitz (2015)

Ale wśród tych, którzy w tę niedzielę szli najpierw ulicami Gliwic, a potem między kolczastymi płotami Auschwitz-Birkenau był przede wszystkim człowiek, który 70 lat temu pokonywał tę trasę w odwrotnym kierunku. – Nazywam się Heniek Aleksander, a po żydowsku Yechiel Aleksander” – opowiada.

Ma 90 lat, ale przepełnia go energia. Widać, jak bardzo chce przekazać to, co przeżył. Cały czas z kimś rozmawia, kogoś obejmuje, coś mu tłumaczy. – Myślę, że wszyscy go pokochaliśmy mówi w którymś momencie pastor Ćwierz.

Trwało to aż trzy i pół dnia, nim Yechiel Aleksander dotarł do Gliwic, gdzie został załadowany do pociągu. Dziś, gdy tę samą trasę pokonuje w przeciwnym kierunku, nie przypomina już sobie prawie niczego. Nawet tego, czy było mu zimno, choć na sobie miał jedynie obozowy pasiak, a temperatura sięgała minus 20 stopni Celsjusza.

Z Gliwic Aleksander trafił do Mauthausen, stamtąd do Melk, potem do Gusen i znów do Mauthausen. Raz jeszcze musiał pieszo ruszyć w drogę, by w trzy dni pokonać 62 km do Gunskirchen koło Wells. 4 maja doczekał wyzwolenia i rozpoczął nowe życie, w którym przez 30 lat nie chciał wracać myślą do czasu spędzonego za drutami.

Dziś już nie wie, jak to się stało, że powrócił do tamtych strasznych lat. Może właśnie wtedy zrozumiał, że „kto nie pamięta wczoraj i przedwczoraj, nie może planować jutra” – jak to powiedział w Gliwicach do uczestników „Marszu Życia”. Dlatego będzie też 27 stycznia na obchodach 70. rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau. Jako jeden z ostatnich jego więźniów, którzy wciąż jeszcze żyją.

Aureliusz M. Pędziwol

Audio i wideo na ten temat