1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Polityka

Niemiecki historyk: "Migracja jest darem niebios"

Słowa kanclerz o prawie do azylu są tak pozytywnym gestem politycznym jak uklęknięcie Willy'ego Brandta przed Pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie w grudniu 1970, uważa prof. Wolffsohn z Uniwersytetu Bundeswehry.

Porträt - Michael Wolffsohn

Michael Wolffsohn

DW: Panie profesorze, w jednym ze swych artykułów nazwał Pan napływających do nas imigrantów "darem niebios". Najwyraźniej reprezentuje Pan nadzwyczaj optymistyczną postawę w tej kwestii.

Michael Wolffsohn: Moja opinia miała charakter ilościowy, a nie jakościowy i przede wszystkim była wolna od ocen wartościujących. Nie była ani negatywna, ani pozytywna, tylko opisowa. Sprawa jest prosta: w Niemczech i w całej Europie Zachodniej liczba urodzeń jest niewystarczająca. Nie napływa do nas także wystarczająco dużo imigrantów. Mamy zatem do czynienia z deficytem demograficznym. Z tego powodu na dłuższą metę nie będziemy mogli utrzymać obecnego, wysokiego poziomu życia. Teraz napływa do nas wielu ludzi. Jednym to się podoba, innym nie. Ale ci przybysze rozwiązują poważny problem demograficzny Republiki Federalnej, a przynajmniej go łagodzą.

Inne państwa starają się rozwiązać ten problem poprzez prowadzenie aktywnej polityki migracyjnej.

W skali długofalowej mają one oczywiście rację, bowiem tą sprawą należało się zająć już dawno. Tymczasem do roku 2004 ani w życiu politycznym, ani w mass mediach, ani w dyskusji społecznej nie poruszano problemów demograficznych w taki sposób, na jaki one niewątpliwie zasługiwały.

Kanclerz Angela Merkel oświadczyła niedawno, że konstytucyjne prawo do azylu nie wyznacza żadnej, górnej granicy ilościowej, co naraziło ją na zarzuty, że dodatkowo zwiększyła napływ uchodźców. Czy Pan też tak uważa?

Oceniam tę wypowiedź pani kanclerz jako równie pozytywny gest polityczny, jakim było uklęknięcie Willy'ego Brandta przed Pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie w grudniu 1970 roku. Angela Merkel wyraziła bowiem z czysto ludzkiego punktu widzenia rzecz, która w istocie rzeczy uczłowiecza każdą, cywilizowaną wspólnotę ludzką. To jasne, że wziąwszy pod uwagę sposób i tempo, w jakim Niemcy przyjmują uchodźców, można im to i owo wytknąć, ale powinniśmy skupić się na czym innym. Otóż Angela Merkel, jako najważniejsza przedstawicielka Republiki Federalnej, wyznaczyła pewien standard dla państwa niemieckiego. Jestem dumny z szefowej rządu, która potrafiła tak wysoko ustawić poprzeczkę.

W innym miejscu w swoim artykule zwraca Pan uwagę na to, że większość napływających do Niemiec uchodźców stanowią muzułmanie, co oznacza swoistą rewolucję społeczną, kulturową i religijną. Czy to Pana nie niepokoi?

Oczywiście, że niepokoi. Wszystko ma przecież dwie strony - dobrą i złą. O tej dobrej, w postaci rozwiązania albo przynajmniej złagodzenia problemów demograficznych, już mówiliśmy. Możemy jednak także oczekiwać poważnych napięć społecznych. Proszę pomyśleć przez chwilę o wędrówce ludów w Europie po zakończeniu II wojny światowej i milionach przesiedleńców z Europy Wschodniej, albo o mieszkańcach b. NRD, którzy po 1989 roku szukali lepszego życia na zachodzie Niemiec. To też nie zawsze było takie proste. Ale tak to już jest: nowoprzybyli nie zawsze są chętnie widziani przez już zasiedziałych.

Powróćmy do czynnika religijnego: jak ocenia Pan fakt, że większość imigrantów napływających do Niemiec to muzułmanie?

Z jednej strony w społeczności muzułmańskiej daje o sobie znać skłonność do zreformowania islamu, ponieważ uchodźcy uciekają przed realnie istniejącym islamizmem uciekającym się do masowych mordów. Ci ludzie nie przybywają przecież do Europy po to, aby ustanowić w niej islamski fundamentalizm.

Ale uciekają oni też przed reżimem Baszara al-Asada, czyli, innymi słowy, przed dyktatorskim, zeświecczonym reżimem. A więc uciekają przed jednym i drugim. Uciekają przed śmiertelnym zagrożeniem ze strony Baszara al-Asada, który jest świeckim mordercą i uciekają przed islamskimi mordercami, popełniającymi zbrodnie z pobudek religijnych w ich skrajnie ortodoksyjnej formie. W praktyce trudno jest odróżnić jednych od drugich. Dlatego we wspólnocie muzułmańskiej dojdzie do napięć i tarć. Jedni będą dążyć do zreformowania islamu, inni zaś pójdą w stronę świeckiej demokracji, ale to wszystko tylko wzmocni reformatorskie skrzydło w Europie.

Z drugiej strony pojawi się także rozczarowanie i frustracja. A przez to wśród muzułmańskiej społeczności w Niemczech i w całej Europie Zachodniej jeszcze silniej da o sobie znać islamski fundamentalizm. To wystąpi u nas, a nie na Bliskim Wschodzie. Ale w sumie przed muzułmanami otwiera się szansa ustanowienia w Europie zreformowanego islamu, co jest bardzo pomyślnym zjawiskiem także dla nas.

Jak powinna wyglądać w tej chwili właściwa polityka nastawiona na integrację imigrantów?

Z jednej strony powinna zawierać ona w sobie elementy długofalowej wizji, obejmującej także przygotowanie na nieuchronne zmiany zasiedziałej, miejscowej ludności. Zmiany dotyczące tradycji i obyczajów, jak również sposobów komunikowania się i zachowania, i to nie tylko w Niemczech i Europie, ale na całym świecie. Niektóre państwa, na przykład Węgry i inne kraje Europy Wschodniej i Południowo-Wschodniej się przed tym bronią. Trzeba być na to przygotowanym i o tym informować: szczerze i bez upiększeń.

Z drugiej strony chodzi o przedstawienie związanych z tym szans i nowych możliwości. Niczego nie ma za darmo. Nic też nie jest wyłącznie negatywne lub pozytywne. Na krótką metę najważniejsze wydaje mi się usprawnienie posunięć organizacyjnych, ale pod tym względem jestem optymistą i wierzę w sukces takich wysiłków.

Prof. Michael Wolffsohn jest wykładowcą historii najnowszej na Uniwersytecie Bundeswehry w Monachium. Niedawno ukazała się jego nowa książka "Zum Weltfrieden. Ein politischer Entwurf" (W sprawie pokoju na świecie. Zarys projektu politycznego).

Z Michaelem Wolffsohnem rozmawiał Kersten Knipp

Przekład: Andrzej Pawlak