Niemiecki ekspert: PI jest najgroźniejszą armią terrorystyczną na świecie [WYWIAD] | Niemcy – bieżąca polityka niemiecka. Wiadomości DW po polsku | DW | 28.04.2015
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Polityka

Niemiecki ekspert: PI jest najgroźniejszą armią terrorystyczną na świecie [WYWIAD]

Jedynym wyjściem jest rozwiązanie polityczne. Militarnego rozwiązania nie będzie. Pokonanie Państwa Islamskiego jest możliwe jedynie wtedy, gdy uda się całkowicie zintegrować sunnitów - mówi Juergen Todenhoefer*.

Flucht der Zivilbevölkerung in Ramadi

Ucieczka przed PI z miasta Ramadi, 17.04.2015

Deutsche Welle: W grudniu ubiegłego roku miał Pan dziesięć dni na poznanie Państwa Islamskiego od środka. Jaki wniosek może Pan wyciągnąć z tej ryzykownej wyprawy?

Juergen Todenhoefer: Po pierwsze może taki, że PI jest najgroźniejszą armią terrorystyczną na świecie. Po drugie, że sami przyczyniliśmy się do wzrostu terroryzmu i to za pomocą wojen antyterrorystycznych jak choćby w Iraku. Po 11 września 2001 roku mieliśmy niecałe tysiąc międzynarodowych terrorystów w jaskiniach Afganistanu. Dziś mamy sto tysięcy międzynarodowych terrorystów.

Ponieważ miałem okazję przez dziesięć dni przebywać z tymi ludźmi, profesjonalistami i fanatykami, mogę jedynie apelować do rządu w Berlinie, aby zaangażował się w polityczne rozwiązanie dla Iraku i również dla Syrii. A to oznacza przyznanie większych praw sunnitom.

Jürgen Todenhöfer

Juergen Todenhoefer

Po dojściu do przekonania, że to wszystko, co reprezentuje PI, nie ma nic wspólnego z islamem, chciałbym ostrzec wszystkich młodych ludzi na Zachodzie, ale i w innych zakątkach tego świata: Nie jedźcie tam.

Państwo Islamskie uważamy za organizację terrorystyczną. Ile jest w niej ‘państwa', które w końcu nosi w swojej nazwie, na przykład w znanym Panu Mosulu?

Nie jest tam tak jak na propagandowych filmach wideo. Wielu ludzi myśli, że w Mosulu przez cały dzień jeżdżą samochody z ubranymi na czarno i zamaskowanymi mężczyznami, którzy unoszą broń do góry i bez przerwy dokonują dekapitacji. Tak nie jest. W Mosulu życie płynie własnym rytmem. Na ulicach panuje duży zgiełk. Targowiska są oblegane przez kupujących. Nic nie wskazuje na obecność Państwa Islamskiego. Tu i ówdzie pojawiają się flagi PI, na tablicach rejestracyjnych widnieje stempel Państwa Islamskiego. Policjanci noszą mundury PI, które wyglądają zupełnie normalnie.

"PI jest de facto państwem"

Czy istnieje tam coś w rodzaju struktury państwa z administracją, sądami i szpitalami?

Jako znawca prawa państwowego miałem okazję rozmawiać w Mosulu z "kolegami po fachu". Twierdzili, że PI jest de facto państwem; że de facto panuje na określonym obszarze. Mieszkańcy to w dużej mierze akceptują. PI ma policję drogową. Ma normalną policję. To nie są bojownicy PI. Ma sądownictwo, które reguluje spory cywilne i które ludzie sobie bardzo chwalą, bo nie jest skorumpowane. (…) PI ściąga podatki – to w końcu jedne z pierwszych rzeczy, które robią państwa. Ma też coś w rodzaju służby zdrowia, na przykład szpitale, które funkcjonują, ale cierpią jednak z powodu deficytu leków. Ale to jest funkcjonujące państwo.

Mosul znałem już wcześniej. Byłem tam przed wojną iracką, w 2002 roku. I nie stwierdzam żadnych różnic. Jednak muszę to sprecyzować: gdy byłem w 2002 roku w Mosulu w dzielnicy chrześcijańskiej, w dzielnicach multikulturalnych, z których to miasto przecież słynęło, wszyscy nie-sunnici, to znaczy szyici, chrześcijanie i jazydzi zostali stamtąd wypędzeni albo uciekli. Ale tego się nie widzi, gdy się nie jest akurat w miejscach, gdzie żyli.

„To najlepszy okres w moim życiu”

Jednych się wypędza albo ratują się ucieczką, a inni z własnej woli wyruszają na dżihad, udając się na tereny opanowane przez milicje terrorystyczne. Pan rozmawiał z tymi ludźmi. Dlaczego to robią?

Byłem w ośrodku rekrutacyjnym w pobliżu granicy. Przybywało tam dziennie ponad 50 osób. Tych ośrodków jest oczywiście znacznie więcej. Ci ludzie są pełni entuzjazmu. Niektórzy są bardzo inteligentni. Pewien młody człowiek przybył z Karaibów. Był elegancko ubrany, okulary słoneczne światowej marki Ray Ban. Spytałem go, co tu robi. Powiedział, że akurat ma za sobą ostatnie egzaminy na wydziale prawa i, że dostał już pracę w sądzie. „Ale ja chcę się włączyć do walki na rzecz Państwa Islamskiego i wszędzie tam, gdzie będę potrzebny”.

Gdy innym razem szliśmy ulicą Mosulu, nagle stanął przede mną wysoki szczupły blondyn; na pewno nie Irakijczyk; pewnie Szwed. Powiedział mi, że „To najlepszy okres w moim życiu!”

Dokonano tam bardzo skutecznego prania mózgów. PI jest nie tylko bardzo silne i kontroluje obszar wielkości Wielkiej Brytanii, lecz jest dla określonej grupy młodych ludzi bardzo atrakcyjne. Ci młodzi widzą jak dokonuje się w PI dekapitacji, jak pali się żywcem, jak torturuje, jak obcina kończyny. Ale mówią: „PI ma na pewno ważne powody, by obecnie tak postępować. Słaby nie może być wielkoduszny. Człowiek słaby musi być okrutny”. Jest to przerażający i w moim przekonaniu bardzo niebezpieczny rozwój sytuacji.

Jedynym wyjściem jest rozwiązanie polityczne

W jaki sposób można by według Pana, znawcy tego regionu, zwalczyć Państwo Islamskie?

Jedynym wyjściem jest rozwiązanie polityczne. Militarnego rozwiązania nie będzie. Parę godzin po „oczyszczeniu" Tikritu, jak się wyrazili Amerykanie, PI zajęło o wiele większe irackie miasto Ramadi. Tymczasem PI ma już w rękach całą prowincję Anbar, część Libii, a być może dokonuje już też zamachów w Afganistanie. To jest fenomen przypominający nowotwór. Dlatego ostrzegam przed jakimikolwiek doniesieniami o rzekomym sukcesie militarnym. Pokonanie PI jest możliwe jedynie wtedy, gdy uda się całkowicie zintegrować sunnitów, to może 35 procent Irakijczyków, i traktować ich równoprawnie w życiu politycznym. Bez takiego pojednania narodowego nic się nie uda.

*Juergen Todenhoefer, były polityk i menedżer medialny, pracuje jako dziennikarz i publicysta. 27 kwietnia ukaże się jego książka „Wewnątrz PI – dziesięć dni w Państwie Islamskim”.

Rozm. Matthias von Hein / tł. Iwona D. Metzner