1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Prasa

Niemiecka prasa: Po Orbanie cała krytyka spłynęła jak woda po kaczce

Tematem komentarzy niemieckiej prasy jest wczorajszy występ węgierskiego premiera na forum KE i PE.

„Góra urodziła mysz” pisze „Lausitzer Rundschau” o postępowaniu KE i europarlamentu wobec węgierskiego premiera Orbana. „Znowu Komisja Europejska nie mogła się zdobyć na pokazanie węgierskiemu premierowi chociaż żółtej kartki i jednoczesne wdrożenie postępowania dyscyplinującego ws. łamania praworządności. Dlaczego właściwie w przypadku Węgier, po siedmiu latach autokracji Orbana niemożliwe jest to, co w przypadku Polski było możliwe już po siedmiu tygodniach rządów PiS? Unia Europejska panicznie unika konfrontacji z wrogiem demokracji, jakim jest Orban” – stwierdza łużycki dziennik i zaznacza że ma to różne powody: „Polska i Węgry poprzez veto mogą nawzajem chronić się przed sankcjami, przez co cała procedura traci swój impet. Lecz decydujący punkt jest natury partyjno-taktycznej. Orbanowska Fidesz należy do chrześcijańsko-konserwatywnej frakcji EPL w Parlamencie Europejskim. Wywodzą się z niej nie tylko przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk, szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker czy przewodniczący Parlamentu Europejskiego Antonio Tajani. Także najpotężniejsza szefowa rządu w Europie kanclerz Angela Merkel jest ze swoją CDU zakotwiczona w EPL. Dlatego najwyższy czas, żeby EPL nie tylko przemyślała swój stosunek do Fidesz, ale zadziałała także w swoich własnych szeregach. Szef grupy EPL Manfred Weber ostatnio chociaż wyznaczył »czerwoną linię dla Orbana«. Ale w środę w PE ograniczono się tylko do rutynowego pogrożenia palcem. Orban kolejny raz wrócił do domu z przeświadczeniem, że tak naprawdę nic mu nie grozi i to właśnie jest gorzkie”.

„Zeit Online” pisze: „Po Orbanie cała krytyka spłynęła jak woda po kaczce. Pozwolił sobie wręcz na stwierdzenie, że jeżeli Unia Europejska pozbyłaby się uprzedzeń wobec Węgier, stwierdziłaby, że za węgierskimi sondażami ws. Europy kryje się ożywczy program polityczny, a mianowicie wola poprawienia Europy. To wygląda na hucpę przebiegłego polityka, ale Orban mówi to na serio. On nie chce wcale zniszczyć Unii Europejskiej, tylko chce innej Europy. Wyglądać miałaby tak, jak dziś jego Węgry: silny przywódca ze swoim narodem. Dobrze, że Europa się przed tym broni. Ale Orban niczego nie musi się obawiać. Takie procedury przechodził już kilka razy. Na Węgrzech znów będzie mógł opowiadać, że brukselska Komisja to biurokratyczne monstrum. Debata ukazała natomiast, że w Parlamencie Europejskim ma wielu przyjaciół, nie tylko bardzo z prawa. Popiera go także EPL, największa grupa w PE”.

Portal tagesschau.de zaznacza: „Nagana udzielona premierowi Orbanowi nie jest dla niego żadnym powodem do wpadania w panikę. Jego regularne występy w Brukseli zdają się wręcz sprawiać mu przyjemność – nie tylko ze względu na dyskusję, lecz  przede wszystkim, by móc zaprezentować się własnym wyborcom jako silny przywódca. Bruksela jest dla niego użytecznym partnerem sparringowym”.

Zapowiedź wykluczenia Węgier z UE to błędna droga – twierdzi komentator portalu ARD. „Żeby Orban trochę zmiękł, potrzeba czegoś więcej niż okresowego odebrania Węgrom prawa głosu w Unii Europejskiej, o czym przed rokiem wspominał szef dyplomacji Luksemburga. Jest to notabene bardzo słaby pomysł, jeżeli UE nie chciałaby być posądzona o samowolę i naginanie prawa. Kto powołuje się na demokratyczne prawa podstawowe, ten nie może wywijać bejsbolowym kijem”.

W odniesieniu do Węgier możliwe byłoby dokładnie to samo postępowanie, jakie stosuje się obecnie wobec Polski ze względu na jej problemy z poszanowaniem zasad państwa prawa – twierdzi komentator tagesschau.de. „Prawdą jest jednak, że narzędzie to do tej pory nie przyniosło pożądanego działania, bo Polska, zamiast cokolwiek zmienić, z powodzeniem udaje, że jest ślepa i głucha.

Ale to mogłoby się zmienić, kiedy dołączyłyby do niej Węgry, jako drugie państwo z deficytami demokracji. W takim przypadku obydwa kraje nie mogłyby już polegać na tym, że chroniłyby się nawzajem poprzez veto. Jednak jeszcze nie wiadomo, czy faktycznie istnieje polityczna wola dokonania takiego kroku. Bowiem wtedy odpowiedzialność za karę z prawdziwego zdarzenia ponosiła by już nie Bruksela, tylko rządy państw członkowskich, a tego chyba naprawdę nikt nie chce”.

Opr.: Małgorzata Matzke