1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Społeczeństwo

Marsz Berlin-Aleppo. Szalony pomysł z szansą na powodzenie

Z inicjatywy Polki z Berlina Europejczycy chcą okazać solidarność z ludnością Syrii. Szalony pomysł? Może, ale do akcji włącza coraz więcej osób.

Weihnachten in Berlin - Marsz Berlin-Aleppo (DW/A. Hrecuk)

Anna Alboth: "Pójdziecie ze mną?"

Na piechotę, drogami, przez pola. Tygodniami. Kobiety, mężczyźni, dzieci. Jak przed rokiem, tylko w odwrotną stronę. Berlin-Aleppo. Z inicjatywy Polki z Berlina Europejczycy chcą pokazać solidarność z ludnością Syrii. Szalony pomysł? Może, ale dołącza do niego coraz więcej osób.

Tego listopadowego dnia komputer na biurku Anny Alboth ciągłe pikał. Dzyń, nowy post. Z Syrii. Zburzone domy, ranni, zabici. W którymś momencie pojawiło się zdjęcie wcześniaków, wyjmowanych przez pielęgniarki z inkubatorów, bo w szpital w Aleppo trafiały bomby. - Ja widziałam moje dzieci. Nie czyjeś, moje - mówi Anna Alboth. Dwie małe blondyneczki biegają po domu pełne energii. Kiedyś same były wcześniakami. Gdyby wtedy ich szpital ktoś bombardował... "Dość, już nie mogę" wstukuje na swoim blogu Anna Alboth. Zapłakana, pisze impulsywnie: "Może, jeżeli tłum Europejczyków tam pójdzie, to coś zmienimy? Pójdziecie ze mną?".

Szalony pomysł? - Coraz rzadziej ludzie tak mówią - uśmiecha się Anna Alboth dwa tygodnie później. Blogerka, dziennikarka i podróżniczka mieszka w Berlinie z mężem, Niemcem, i dziećmi. Rok temu zaprosiła do domu dwóch Syryjczyków i zorganizowała ogólnopolską akcję zbiórki śpiworów dla uchodźców w Berlinie. Przyszło ich kilka tysięcy. - Gdyby nie ta akcja, chyba bym nie uwierzyła, że i teraz damy radę, że ktoś weźmie mnie na serio.

Deutschland Berlin Schlafsäcke aus Polen für Flüchtlinge (DW/A. Hreczuk)

Annę Alboth poznało wielu przy okazji akcji zbierania śpiworów dla uchodźców

Męcząca bezczynność

Na jej pytanie momentalnie zaczęły napływać odpowiedzi. "Idziemy", "Kiedy ruszamy?", "Wchodzę w to". Tak pisze też Anna Saraste, Finka z Berlina. Jej pierwsza myśl? - To się da zrobić - mówi dziś. Nie „może", czy „ma szanse", tylko „da się". I jeszcze: „trzeba". Jan Horzela z Polski akurat był w Norwegii, kiedy zadzwonił telefon. - Od razu odwołałem kurs, który miałem robić na początku roku i zacząłem się zastanawiać, co jeszcze trzeba skreślić . Bo w to, że marsz jest ważniejszy, nie wątpił.

W ciągu pierwszej godziny Anna Alboth dostała 50 takich deklaracji. Potem następne. Jan, Anna, Stefan, Joana, Nathalia, Ewa, Sam. Z Polski, Portugalii, Austrii, Szwajcarii, Grecji. Jedni chcą dołączyć, inni oferują nocleg, jeszcze inni dostarczyć gorącą zupę. Zgłaszają się zwykli ludzie, całe rodziny, sami uchodźcy, ale i znane osobistości, które chcą ich jakoś wesprzeć. Lokalne grupy aktywistów powstają w krajach na trasie, ale i w Szwajcarii, Polsce, czy... Argentynie. Duże wsparcie mają z Austrii, najbardziej zachowawcze chyba w Niemczech, mówi Anna Alboth. - Pytają, dlaczego akurat blogerka, dlaczego teraz, dlaczego Syria, skoro wojny są i gdzie indziej. To denerwuje. - Jak ktoś chce, to niech się nie dołącza i da nam w spokoju robić swoje.

Ruszają 26 grudnia z lotniska Tempelhof. Dzień i miejsce nieprzypadkowe - berliński Tempelhof to największy obóz dla uchodźców w Niemczech, a święta to data symboliczna. Ale i praktyczna, bo ze względu na martwy czas między świętami, wielu może dołączyć do marszu choć na kilka dni. Do Mikołajków swój udział w inauguracji marszu zgłosiło 3000 osób, prawie 1500 chce iść przynajmniej jeden odcinek trasy. - Pewnie nie wszyscy się pojawią - mówi Jan. - Ale nawet jeżeli pojdzie co czwarty, będzie nas sporo. Trzeba sprawdzić, którą drogą możemy wyjść z miasta najszybciej - wyjaśnia spoglądając na mapę.

Syrien Flüchtende aus dem östlichen Aleppo (Reuters/Sana)

Czy spotkają się po drodze z uczestnikami marszu z Berlina?

Skarpety na drogę

Jan, Thomas, Maciek, Asia, Anna to grupa logistyczna. Wytyczają trasy, sprawdzają infrastrukturę, załatwiają pozwolenia. Takie przedsięwzięcie to wyzwanie organizacyjne. Trochę jak pielgrzymka, ale pielgrzymka idzie trasą krajową, krótszą i ma wieloletnie doświadczenie, mówi Ewa. Sama przybyła do Niemiec jako uchodźczyni polityczna z Polski, w czasach Solidarności. Zna niemiecki i procedury prawne. Wie, jak musi wyglądać kolumna, ilu porządkowych musi być, o co pyta policja. Każda z prawie setki osób w sztabie robi to, na czym najlepiej się zna. Jedni tworzą stronę internetową, inni zajmują się procedurami prawnymi, obserwują sytuację w Syrii, organizują wsparcie medyczne, kontaktują z VIP-ami.

Ponad 3000 kilometrów na piechotę. Z Berlina przez Czechy, Austrię, Słowenię, Chorwację, Serbię. Tak, jak rok wcześniej szli uchodźcy, tylko w odwrotnym kierunku. Prawie tak, bo świadomie omijają Węgry. I nie przez Bułgarię, najkrótszą drogą, ale przez Macedonię i Grecję. Ukłon w stronę mieszkańców: z tych dwóch krajów, skąd przyszło wyjątkowo dużo zgłoszeń i propozycji wsparcia. Szkoda by było nie dać ludziom poczucia, że też coś robią, uzgodnił sztab. Więc pójdą dłuższą droga. Inaczej, niż uchodźcy będą wiedzieć, dokąd idą, będą mieli ciepłe ubranie i buty. I oni są zachodnimi Europejczykami, nie anonimowymi ucieknierami.

 Anna Alboth i team wierzą, że coś osiągną. Może nie zakończą wojny, może nawet nie przekonają polityków, ale zakończą własną bezczynność, mówi Anna Saraste. Może uda im się stworzyć korytarz humanitarny, chce wierzyć Anna Alboth. Na Mikołajki dostała kolorowe, ciepłe skarpety. "Skarpety na marsz", napisane było na przyczepionej karteczce.

Agnieszka Hreczuk, Berlin