Mario Draghi idzie złą drogą [OPINIA] | Gospodarka | DW | 04.01.2015
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Gospodarka

Mario Draghi idzie złą drogą [OPINIA]

Szef EBC w wywiadzie dla "Handelsblattu" kreował się na rozważnego, skromnego bankiera. Ale w rzeczywistości stał się najpotężniejszym politykiem w Europie, co nie jest dobre, twierdzi Zhang Danhong.

Mario Draghi jest zdecydowany wytoczyć najcięższe działa: skup obligacji skarbowych w wielkim stylu. W wywiadzie dla niemieckiego dziennika ekonomicznego "Handelsblatt" powiedział, że "Rada Prezesów Europejskiego Banku Centralnego zleciła pracownikom EBC i odpowiednim komisjom eurosystemu przygotowanie tego przedsięwzięcia od strony technicznej i wdrożenie ewentualnych, dodatkowych zabiegów". Przełożywszy to na normalny język: skup obligacji nastąpi, i to wkrótce.

To posunięcie jest bardzo kontrowersyjne, przede wszystkim w Niemczech. Jens Weidmann, szef Bundesbanku określa je mianem opium dla państw i jest zdania, że EBC łamie już bez mała granicę zakazu finansowania budżetów państw.

Mario Draghi to oczywiście neguje, zasłaniając się sztandarem, na którym ma wypisane to, co jak najbardziej odpowiada niemieckiemu zmysłowi porządku: utrzymanie stabilnego poziomu cen. - Mamy zadanie utrzymania inflacji poniżej, a jednocześnie około dwóch procent. A ponieważ stopa inflacji w eurostrefie spadła do 0,3 proc. i stopa referencyjna jest bliska zera, obecnie jedynie znaczne zwiększenie ilości pieniędzy jest w stanie podkręcić nieco inflację - powiedział. Brzmi to właściwie logicznie i odpowiada ścisłej wykładni mandatu EBC, do czego zawsze tak dużą wagę przykładali Niemcy.

Redaktionsfoto der Wirtschaftsredaktion, Danhong Zhang

Zhang Danhong: Z pewnością Mario Draghi chciał dobrze i po części mu się to udało

Kto powie A musi też powiedzieć B

Ale czy prezesowi EBC naprawdę chodzi o stabilność cen? Raczej nie. Planowany skup obligacji jest niczym innym, jak logiczną konsekwencją zapowiedzianego w czerwcu 2012 r. ratowania euro za wszelką cenę. Czy wtedy ktokolwiek myślał w ogóle o inflacji? Na pewno nie. Chodziło o utrzymanie wspólnej waluty. Draghi sam tak zdefiniował swój mandat, sygnalizując w ten sposób, że jest gotowy posunąć się do ostateczności, czyli nawet stać się ratownikiem państwowych budżetów państw eurogrupy.

Nie ma na to jednak żadnego prawnego pokrycia. Unię walutową tworzy już 19 suwerennych państw. Sięganie dla tego zlepku państw po politykę quantitative easing jest czymś zupełnie innym, niż gdy obligacje skupuje amerykański FED czy Bank of England.

Czyje obligacje wchodziłyby w rachubę przy skupie? Kto poniesie ryzyko, jeżeli jedno z państw członkowskich eurogrupy nie będzie mogło obsłużyć swoich długów? O tym, że nie jest to żadne hipotetyczne pytanie, świadczy co i raz przykład Grecji.

Słodki narkotyk hamuje zapał do reform

Z pewnością Mario Draghi chciał dobrze i po części mu się to udało. Spekulacje szkodzące walucie euro szybko się skończyły. Niestety rządy państw eurogrupy nie wykorzystały czasu, jaki kupił szef EBC, do przeprowadzenia reform strukturalnych. Dlatego w wywiadzie dla "Handelsblattu" Draghi nawet nie starał się ukryć rozgoryczenia, kiedy do upomnień o reformy dodał: "Mówię o tym już od bardzo, bardzo dawna. Mogę to jeszcze tylko raz powtórzyć".

Prawdopodobieństwo, że także i te słowa będą wołaniem na puszczy, jest dość duże. Dlaczego rządy miałyby wziąć się za bolesne reformy, zagrażające ich ponownemu wyborowi, jeżeli Bank Centralny, kiedy przyjdzie co do czego, i tak pomoże im wykaraskać się z biedy? Na to liczą nie tylko już wybrani politycy ale także wszyscy, którzy wierzą, że kiedyś ich zastąpią. I tak na przykład Aleksis Tsipras, przywódca lewicowego sojuszu Syriza i, jak można się spodziewać, przyszły premier Grecji, zapowiedział utrzymanie euro, bez wypełniania narzucanych mu warunków. Także on po cichu liczy na pomoc EBC, który już jakoś załata rysy w unii walutowej.

EBC - najpotężniejszy gracz w Europie

Poprzez swoją obietnicę i samozwańczy mandat utrzymania euro za wszelką cenę, szef EBC sam wmanewrował się w dylemat. Musi wciąż podawać pacjentowi coraz większe dawki leku, jednocześnie odbierając mu motywację, by sam zadbał o swoje zdrowie.

Niesprawiedliwe byłoby jednak, by tylko Draghiego obciążać odpowiedzialnością za to, że EBC idzie tym torem. Już jego poprzednik Jean-Claude Juncker w maju 2010 dał się polityce wprzęgnąć w akcję ratowania euro. Skupował greckie obligacje i przyłączył się do pakietu pomocowego. Potem przyszły tanie pieniądze dla banków, przymykanie oczu na gwarancje i wydawanie bankom emisyjnym licencji na drukowanie pieniędzy.

Bez ambicji politycznych. Bo i po co?

Poszerzenie zakresu władzy, jakie przeżywa EBC w roli ratownika euro, Draghiemu bardzo się podoba. Dlatego jest też zupełnie zrozumiałe, że nie ma on ambicji politycznych, jak wyznał "Handelsblattowi". Krążą bowiem spekulacje, że mógłby stać się następcą prezydenta Włoch Napolitano. Ale dlaczego miałby udać się na pola bitew polityki, jeżeli ma teraz więcej władzy niż wszyscy politycy w Europie?

Zapytany o swoją władzę skromnie przyznał: "Mam bardzo wąską wykładnię mojego zdania. Chodzi mi tylko o stabilność cen". To powinno faktycznie pozostać jedynym mandatem EBC i jego szefa Mario Draghiego. Wspólna europejska waluta była od samego początku projektem politycznym. Za jego utrzymanie odpowiada też tylko i wyłącznie polityka.

Zhang Danhong, redakcja ekonomiczna DW

tł. Małgorzata Matzke