1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Polityka

Komentarz DW: Brytyjska katastrofa

Niepojęte stało się faktem – większość Brytyjczyków chce opuścić Unię Europejską. Pomimo tej decyzji UE powinna teraz zachować zimną krew.

Ten wynik to katastrofa – i to dla wszystkich. Wygranych nie będzie. Zwolennicy "Brexitu" poczują się teraz bardziej niezależni, ale szybko zorientują się, że jest to pozorna niezależność. Ich kraj stanie się biedniejszy. I, co bardzo ważne – Zjednoczone Królestwo może się rozpaść, ponieważ Szkoci chcą w większości pozostać w Unii Europejskiej i mogą się odłączyć od Wielkiej Brytanii. Głośne mogą być także wołania o zjednoczoną Irlandię, ponieważ granica zewnętrzna Unii Europejskiej po "Brexicie" będzie przebiegała właśnie przez Irlandię.

Jednak co najmniej tak samo poważne konsekwencje czekają pozostałe państwa Unii Europejskiej. Nie tylko zabraknie tu ważnego płatnika netto. Odpadnie gracz wagi ciężkiej w polityce zagranicznej, obronnej i dyplomacji – państwo, które czyniło Unię Europejską otwartą na świat i zorientowaną konkurencyjnie. Szczególnie Niemcom będzie brakowało Brytyjczyków. Jest sporo państw, które najchętniej na globalizację zareagowałyby odcięciem się Unii Europejskiej od reszty świata i dla których dyscyplina budżetowa to obce słowo. Londyn i Berlin grały tutaj na jedną bramkę. To się skończyło.

Ale być może najważniejsza konsekwencja "Brexitu" jest natury politycznej – za brytyjskim przykładem mogą podążyć inni. Nie muszą od razu występować z Unii Europejskiej. Ale inne państwa mogą grozić podobnymi referendami i podobnie jak Wielka Brytania żądać dla siebie wszystkich możliwych wyjątków i specjalnych przywilejów. Na końcu pozostanie Unia Europejska, z której każdy może sobie wyszukać, to, co mu pasuje i która nikogo do niczego nie zobowiązuje. Taka luźna konstrukcja to koniec Unii Europejskiej jako globalnego i poważanego gracza.

Trzeba zachować zimną krew

Hasselbach Christoph Kommentarbild App

Christoph Hasselbach: To najgłośniejszy sygnał alarmowy, jaki można sobie wyobrazić.

Wielu w Europie domaga się teraz, by skonfrontować Brytyjczyków z konsekwencjami ich decyzji według motta - jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. W takim myśleniu nie ma miejsca na kompromisy. Zamiast nich ma być odstraszający przykład jak bezpardonowo postępuje się z dezerterami (jak ujął to szef Eurokomisji Jean-Claude Juncker). To pod ludzkim względem zrozumiałe, ale może być strzałem we własną stopę.

Kto kieruje się żądzą odwetu, zapomina jak sceptyczne, a nawet wrogie, są nastroje wobec Unii Europejskiej w wielu państwach członkowskich. Groźbami tylko podsyci się takie nastroje. Zamiast tego trzeba zachować zimną krew i spróbować zawrzeć z Brytyjczykami nowe porozumienia. Oczywiście nie może to być rodzaj zastępczego członkostwa w Unii Europejskiej, ale polityka według motta "albo wszystko, albo nic" w niczym nie pomoże.

W końcu Unia Europejska powinna sama zadać sobie krytyczne pytania. Obywatelom nie wystarczają brukselskie zaklęcia, że wszystkie problemy da się rozwiązać za pomocą formuły "więcej Europy". Przykładem jest kryzys uchodźczy, dla wielu największe wyzwanie, przed jakim stoi kontynent. Tutaj "więcej Europy" oznaczało przede wszystkim (niemieckie) żądanie, by teoretycznie nieograniczoną liczbę imigrantów rozdzielić na całą Europę - migrantów, których inni wcale nie chcieli wpuścić do swoich krajów. Także nierozwiązany kryzys zadłużenia z jego "europejską odpowiedzią" przyniósł więcej szkód niż pożytku – bogate państwa czują się wykorzystane, a biedne poddane kurateli.

Wartość dodana współpracy europejskiej musi być w przyszłości lepiej uzasadniona i to w każdym pojedynczym przypadku. Nie wystarczy, że powtarza się w kółko argument o Unii Europejskiej jako gwarancie pokoju a ignoruje wszystkie inne kwestie.

Tak, brytyjska decyzja to koszmar. Ale jednocześnie to najgłośniejszy sygnał alarmowy, jaki można sobie wyobrazić. Nakazem chwili jest teraz bezwzględna samokrytyka i refleksja nad tym, co można w przyszłości wspólnie osiągnąć.

Christoph Hasselbach

tł. Bartosz Dudek