Emil Mangelsdorff. Żywa historia niemieckiego jazzu | Kultura | DW | 11.04.2015
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Kultura

Emil Mangelsdorff. Żywa historia niemieckiego jazzu

90 lat temu we Frankfurcie nad Menem urodził się Emil Mangelsdorff, późniejszy saksofonista altowy. Rodzinnego miasta nigdy z własnej woli nie opuszczał i mieszka tu do dziś.

Deutschland Emil Mangelsdorff Jazz-Musiker

Jako 11-latek w radio Luksemburg słyszy jazz i wie – taką muzykę chce grać

90 lat temu we Frankfurcie nad Menem urodził się Emil Mangelsdorff, późniejszy saksofonista altowy.

Rodzinnego miasta nigdy z własnej woli nie opuszczał i mieszka tu do dziś. Frankfurt - najbardziej amerykańskie z niemieckich miast - w dzieciństwie Mangelsdorffa wyglądał zupełnie inaczej - pełen zabytków, ostoja przemysłu i banków. Tu Mangelsdorff dorasta w muzykalnej rodzinie, w czasie nasilającej się nazistowskiej dyktatury. Najpierw uczy się gry na akordeonie, potem na klarnecie.

Jazz i polityka

Jako 11-latek w radio Luksemburg słyszy jazz i wie – taką muzykę chce grać! Prędko znajduje sprzymierzeńców. Swego czasu amerykańscy niewolnicy śpiewali bluesa marząc o wolności, teraz w tym samym duchu młodzi chłopcy we Frankfurcie grają jazz. Nielegalna grupa Hotclub Combo występuje w klubach w okolicy dworca, koncerty w czasie wojny przyciągają nieumundurowaną młodzież. Spotkania „swingowej młodzieży“ opisuje Leopold Tyrmand w autobiograficznej powieści „Filip“. Bo i on, wówczas kelner we Frankfurcie, na nich bywał. Niepokorna muzyka sprowadza aresztowanie przez gestapo i dwa tygodnie więzienia. Emil zostaje wysłany na front wschodni. Nie pomaga tłumaczenie, że Emil od roku studiuje muzykę. W maju 1945 r. dostaje się na 4 ciężkie lata do sowieckiej niewoli. Waży 45 kg, doskwiera mu tęsknota.

Deutschland Musik Jazz Emil Mangelsdorff

Emil Mangelsdorff nigdy intensywnie nie podróżował, to świat przyjeżdża do niego

Powiew Ameryki

Powrót z niewoli wprowadza go w euforię. Frankfurt leży w gruzach, ale jest w strefie amerykańskiej. Powstaje legendarny „Jazz Keller“. Przed mikrofonem stoi tu Ella Fitzgerald czy Bill Ramsey, gra Duke Ellington. Emil decyduje się na saksofon altowy. Poznaje bebop i zaczyna grać cool jazz. Jego młodszy brat Albert Mangelsdorff wybiera puzon, by tworzyć potem światową awangardę.

W 1957 r. z „Jazz Keller” wyrusza na II Sopocki Festiwal Jazzowy pierwsza po wojnie delegacja jazzmenów z Niemiec. Wszystko za sprawą Wernera Wunderlicha, legendarnego dziennikarza jazzowego. Do Polski zabiera najlepszą wtedy niemiecką grupę jazzową – Joki Freund Quintet, znaną jako Frankfurt All Stars. Jest w niej Emil Mangelsdorff z bratem. Z jam session Emil Mangelsdorff Swingtett z Hot Clubem „Melomani“ w Sopocie powstaje wspaniała płyta. Tysiące ludzi wiwatuje, kiedy na stadion wjeżdża ciężarówka z niemieckimi muzykami. Odbywa się też koncert w Stoczni Gdańskiej, a w pierwszym rzędzie zasiada żona premiera Nina Andrycz.

Deutschland Musik Jazz Das hr-Jazzensemble Emil Mangelsdorff

Rok 1958 - gorące czasu jazzu we Frankfurcie; 1. z prawej: Emil Mangelsdorff

Polsko-niemiecki kwartet

Emil Mangelsdorff nigdy intensywnie nie podróżował, to świat przyjeżdża do niego. Od dwudziestu lat występuje ze swym kwartetem, co miesiąc zapraszając specjalnych gości – światowych solistów. Ostoją kwartetu są dwaj jazzmeni z Polski – perkusista Janusz M. Stefanski i kontrabasista Vitold Rek. Obaj swego czasu grali z Tomaszem Stańko, dziś są profesorami na uczelniach wyższych w tym regionie Niemiec. - Podczas koncertów Emil zupełnie jest w środku muzyki, nie mam nigdy wrażenia, że jest tak „sędziwy“, opowiada Vitold Rek. - Podziwiam jęgo piękny, aksamitny dźwięk, jego wspaniałe wibrato. Każdy koncert jest wyjątkowym przeżyciem. Był też taki, jakieś 2-3 lata temu na festiwalu w Bingen, gdzie Emil zapomniał saksofonu. Wsiadł za kierownicę, wrócił do Frankfurtu. Przejechał 250 km, zdążył i zagrał zupełnie na luzie i natchniony. A miał już wtedy jakieś 88 lat, wspomina Rek. Kalendarz kwartetu na ten rok wypełniony jest po brzegi.

Muzyczny afrodyzjak

Koncert na 90-tkę zagrają w maju w Monachium. Będą też comiesięczne występy kwartetu oraz koncerty z narracją słowną o czasach i muzyce Swing-Jugend. - Nigdy jeszcze nie grałem tak dobrze, jak dziś - konstatuje Emil Mangelsdorff. Aby i płuca, i palce nadążały za nieustannie młodym duchem, ćwiczy - jak to zawsze było - trzy godziny dziennie, zdradza żona, Holenderka Monique. To ona jest menadżerką i dobrym duchem kwartetu. - Jazz to otwartość, w tym sensie i dziś to jest polityczny nurt - mówi Emil Mangelsdorff. Na codzień nie stroni też od klasyki, zwłaszcza opery. Jego pierwszą żoną była śpiewaczka operowa. Mangelsdorff jest przekonany, że gdyby za życia Mozarta istniał jazz, Mozart byłby jazzmenem. Muzyka działa na niego jak afrodyzjak. - Kilka miesięcy temu po świetnym koncercie kwartetu z Joe Gallardo Emil był uskrzydlony, opowiada Monique Mangelsdorff. - Mogę tak grać jeszcze z 10 lat, stwierdził rozpromieniony.

Joanna de Vincenz