Ekspert: Niemiecki wywiad BND żyje własnym życiem | Niemcy – bieżąca polityka niemiecka. Wiadomości DW po polsku | DW | 28.04.2016
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Polityka

Ekspert: Niemiecki wywiad BND żyje własnym życiem

Dwa i pół roku po aferze NSA szef niemieckiego wywiadu BND musi odejść. Nie wiedział, kogo podsłuchiwali i szpiegowali jego ludzie - twierdzi w wywiadzie dla DW dziennikarz "Süddeutsche Zeitung” Hans Leyendecker.

DW: Przeszło dwa i pół roku temu Niemcom, którzy zawsze bardzo emocjonalnie reagują na wszystko, co jest związane z ochroną danych, wręcz odebrało mowę, gdy ujawniono rozmiar inwigilacji prowadzonej przez amerykańską Agencję Bezpieczeństwa Narodowego (NSA). Dlaczego szef Federalnej Służby Wywiadowczej (cywilnego wywiadu zagranicznego RFN, red.) Gerhard Schindler zostaje zwolniony ze stanowiska dopiero teraz?

Hans Leyendecker

Hans Leyendecker

Hans Leyendecker: Ponieważ w BND obowiązywał wtedy taki system pracy, że szef nie zdawał sobie sprawy z tego, co dzieje się w podległych mu komórkach operacyjnych. Dopiero później, przy bliższej analizie, stwierdzono, że w BND często tak bywa. A to oznacza, że Federalna Służba Wywiadowcza, która w tym roku obchodzi jubileusz 60-lecia, żyje własnym życiem, niezależnie od tego, kto w danej chwili stoi na jej czele. Schindler też na tym ucierpiał. W jego przypadku najbardziej zaszkodziło mu to, że nie znał używanych od lat tzw. selektorów, czyli numerów telefonów, adresów IP itp., stosowanych do inwigilowania także zaprzyjaźnionych rządów i instytucji.

DW: Twierdzi Pan, że BND żyje własnym życiem, ale przecież niemieckie tajne służby są nadzorowane przez Urząd Kanclerski i specjalną komisję Bundestagu zwaną Parlamentarnym Gremium Kontrolnym (PKG). Co ją odróżnia od innych organów kontrolnych?

Hans Leyendecker: To, że w jej skład wchodzą funkcjonariusze wywiadu, a niektórzy z nich pracują na własny rachunek. Co gorsza zdarza się, że czasem pracują także przeciwko swoim szefom. Zdecydowana większość oficerów wywiadu służy uczciwie, ale specyfika tej służby polega na tym, że nie zawsze wiadomo, co kto w danej chwili robi i dlaczego. Z tego też względu niemal wszyscy szefowie BND prędzej czy później popadają w jakieś tarapaty, bo ich podwładni są tacy, jak to przed chwilą opisałem.

DW: Przekazywanie tajnych danych i informacji uzyskanych przez BND amerykańskiej agencji BND było często przedmiotem krytyki także w szeregach niemieckich tajnych służb. Kto się temu sprzeciwiał? Funkcjonariusze średniego szczebla, którzy uważali, że ich przełożeni są zbyt ulegli wobec Amerykanów?

Hans Leyendecker: Konflikty w tajnych służbach zawsze były i będą, i to na wszystkich poziomach. Naprawdę nie jest łatwo skoordynować pracę pięciu służb wywiadowczych, a tyle ich mamy w Niemczech. Każda z nich ma własne interesy i priorytety. To samo dotyczy też poszczególnych wydziałów w BND, których dawniej było 13, a teraz 12. Funkcjonariusze rozwiązanego wydziału buntowali się i protestowali. Takie wewnętrzne tarcia i napięcia są typowe dla wszystkich instytucji państwowych przechodzących reorganizację, ale w tajnych służbach przebiegają one zazwyczaj znacznie ostrzej, a ich skutki mogą okazać się dużo poważniejsze.

DW: Angela Merkel powiedziała, że "podsłuchiwanie przyjaciół nie przystoi", ale wiadomo, że BND przez długie lata gorliwie wspomagała w tym NSA. Dlaczego Urząd Kanclerski nie potrafił bardziej skutecznie kontrolować tej działalności BND?

Hans Leyendecker: Urząd Kanclerski otrzymał informacje na ten temat, ale z nich nie skorzystał. To bardzo poważny problem. W Urzędzie działa przecież koordynator tajnych służb, pan Fritsche, który o tym wiedział, ale nic nie uczynił w tej sprawie. Nawiasem mówiąc, kanclerz Merkel też jakoś nie chciała zauważyć, że sama BND na dużą skalę podsłuchuje swych przyjaciół. W Paryżu, Rzymie i gdzie indziej.

DW: Czy po aferze z NSA z 2013 roku coś się zmieniło? Czy teraz mniej się podsłuchujemy, albo bardziej uważamy, kiedy rozmawiamy o czymś ważnym przez telefon?

Hans Leyendecker: Nie. Obawa, że ktoś może nas właśnie podsłuchiwać zwykle mija po paru dniach i potem wracamy do rutyny. Co prawda niektóre telefony używane przez posłów do Bundestagu są nieźle zabezpieczone przed podsłuchem, ale dobry haker da sobie także z nimi radę i złamie ich kody. Natomiast na co dzień ludzie, jak sądzę, rozmawiają przez telefon tak jak dawniej.

DW: Czy pod nowym kierownictwem BND będzie działała inaczej?

Hans Leyendecker: Miejmy nadzieję, że w mniejszym stopniu niż do tej pory będzie działała na własną rękę. Drugim, ważnym czynnikiem jest to, że w Niemczech zaczęto wreszcie myśleć na poważnie o cyberwojnie i o obronie przed cyberatakiem. Po trzecie, dużą rolę odgrywa przeprowadzka BND z Pullach do Berlina. To bardzo skomplikowana operacja, który obejmuje 8 tys. 500 pracowników wywiadu, z których około tysiąca pozostanie nadal w Pullach. Nowy szef BND ma przed sobą trudne zadanie kierowania pracą instytucji, działającej w dwóch różnych miejscach.

Z Hansem Leyendeckerem rozmawiał Volker Wagener / tłum. Dagmara Jakubczak

*Hans Leyendecker, 66 lat, należy do najbardziej znanych i zasłużonych niemieckich dziennikarzy śledczych. Od lat 80. XX wieku ujawnił wiele skandali politycznych. Pracuje dla monachijskiej gazety "Süddeutsche Zeitung".

Redakcja poleca