Ekspert: Brytyjczycy dworują sobie z władzy. Mają to we krwi | Życie w Niemczech. Społeczeństwo, lifestyle, ciekawostki | DW | 03.07.2016
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Społeczeństwo

Ekspert: Brytyjczycy dworują sobie z władzy. Mają to we krwi

Brytyjczycy polegają tylko na swoim parlamencie a już na pewno nie słuchają się nikogo z zewnątrz. Polityczny sceptycyzm jest u nich tradycją, twierdzi anglista Hans-Dieter Gelfert w rozmowie z Deutsche Welle.

DW: Jest Pan wielkim znawcą brytyjskiej psychiki i duszy. Czy decyzja o Brexicie była przede wszystkim deklaracją wolności Brytyjczyków?

Hans-Dieter Gelfert: Tak można to ująć. Wolność jest najgłębszym i najważniejszym nerwem w brytyjskiej duszy.

W swojej książce o historii kultury angielskiego humoru pisze pan: Anglicy wolą razem z mącicielami naśmiewać się z brytyjskiego porządku. Jeżeli UE jest porządkiem, dyktującym polityczne ramy, to czy Anglicy sobie z niego zadworowali?

W pewnym sensie to prawda.Trzeba sobie uświadomić, na czym w ogóle polega istota humoru. Jest to społeczny mechanizm wyrównania napięć w społeczeństwie. Ten mechanizm rozwija się tam, gdzie jest najbardziej potrzebny. Czyli tam, gdzie ludzie zmuszeni są żyć razem na małej powierzchni.

Wtedy pojawia się tendencja, by zdobyć nieco swobody, dworujac sobie z autorytetów. Tyle, że trzeba móc sobie na to pozwolić, bo w państwie takimi jak Niemcy, otoczonym dziewięcioma sąsiadami, z otwartymi granicami, nie jest tak łatwo strącić śmiechem autorytet z piedestału. Niemcy śmieją się raczej w imię porządku i przeciwko mącicielom, ale na Wyspach nie można sobie pozwolić na to, by podchodzić do władzy państwowej jako do niebezpiecznego przeciwnika i go deprecjonować.

Z tego względu od wielu wieków już Brytyjczycy mają tę tendencje, dla której nawet mają specjalne pojęcie, którego Niemcy w ogóle nie używają, to znaczy ‘bathos'. Oznacza to ośmieszanie wszystkiego, co podniosłe i napuszone. A władzy zawsze towarzyszy ‘bathos' i to zachęca Brytyjczyków, by śmiechem zepchnąć ją z cokołu. Czasami z dość fatalnym rezultatem.

Dla Niemców Unia Europejska jest czymś więcej, niż tylko unią polityczną – z samych już tylko historycznych względów. Jest ona właściwie świętością. Dlaczego Brytyjczycy w UE widzą przede wszystkim niechcianą i nierespektowaną władzę?

Po części, a może nawet wyłącznie, wiąże się to z tym, że Brytyjczycy spoglądają na co najmniej 700-letnią tradycję parlamentaryzmu i że dla nich parlament jest decydującą instancją, wyważającą interesy rządu i narodu. Oni nie mają konstytucji, na której mogliby się oprzeć. Polegają na tym, że parlament, który sami wybrali, zadba o tę równowagę.

Otrzymując jakieś unijne dyrektywy z Brukseli mają uczucie, że nie daje im się prawa głosu. De facto to się nawet zgadza. Wciąż jeszcze Parlament Europejski nie jest decydującym czynnikiem w Unii Europejskiej.

Czyli właściwie z definicji Brytyjczycy są politycznie bardziej anarchistyczni niż Niemcy?

Oni są przez swoją tradycję bardziej nieufni wobec władzy zwierzchniej. Wobec domorosłej władzy, ale oczywiście jeszcze bardziej wobec władzy będącej poza brytyjskimi granicami, która próbuje wywierać wpływ na Anglię. Bo zawsze istnieje groźba, że może być to wpływ na niekorzyść Brytyjczyków.

Właśnie słuchałem w BBC wystąpienia Michaela Gove, kandydującego na stanowisko szefa torysów po Cameronie. Ma on program zmian i przy każdym zdaniu, które wypowiedział, można było stwierdzić, że wszystko to możnaby zrealizować łatwiej z Unią Europejską, niż bez niej. On chce, by znów przywrócić sprawiedliwość, do brytyjskiego wozu zaprząc smoka, którego Margaret Thatcher swego czasu spuściła ze smyczy. To byłoby prostsze do zrobienia z Brukselą, niż kiedy Wielka Brytania sama będzie podejmować te próby.

Jak Brytyjczycy pod względem politycznym i ekonomicznym będą radzić sobie z tym, że znajdą się na marginesie Europy?

Niemcy, od czasu wotum za Brexitem, rozwijają tylko jakieś negatywne scenariusze. Ponieważ cała europejska polityka polega na ciągłym negocjowaniu kompromisów, uważam, że koniec końców znajdzie się jakiś modus vivendi. Może będzie to asocjacja czyli model norweski. Dla Brytyjczyków byłby to dość kiepski interes, ponieważ byliby w starej sytuacji, tyle że bez prawa głosu.

Być może uda się wynegocjować jakąś dalszą liberalizację nie tylko i wyłącznie dla Brytyjczyków, ale dla całej Europy. Jakoś już Europa ułoży się z Wyspami. Fatalne skutki, jakie prorokowano, nie wystąpią chyba w pełni. Jednak jestem przekonany, że pod wieloma względami Brytyjczycy ucierpią.

rozmawiał Volker Wagner

tł.: Małgorzata Matzke

Anglista prof. Hans-Dieter Gelfert wykładał na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie. Obecnie jest pisarzem i tłumaczem, m.in. autorem książki o historii kultury angielskiego humoru („Madame, I'm Adam”).

Redakcja poleca