Bilans G20: Zaczęło się poszukiwanie winnych | Niemcy – bieżąca polityka niemiecka. Wiadomości DW po polsku | DW | 10.07.2017
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Polityka

Bilans G20: Zaczęło się poszukiwanie winnych

W Hamburgu ślady zniszczeń są wciąż widoczne na ulicach, tymczasem w Berlinie zaczęło się polityczne polowanie na odpowiedzialnych za zamieszki podczas szczytu G20.

G20 Gipfel in Hamburg | Plakat - Herr Scholz wir müssen reden (Reuters/F. Bimmer)

Transparent z napisem "Panie Scholz, musimy z Panem porozmawiać" wywiaszony na na balkonie przez lokatorów, którzy ucierpieli wskutek zamieszek

W dzień po zakończeniu szczytu G20 w łonie niemieckich partii politycznych rozgorzał spór o to, kto ponosi odpowiedzialność za bezprecedensową eskalację przemocy na ulicach Hamburga. W centrum krytyki stanął jego burmistrz Olaf Scholz z SPD, któremu chadecy i liberałowie zarzucają karygodne zlekceważenie zagrożenia ze strony skrajnie lewicowych przeciwników szczytu.

"Nie wszystko się nam udało"

Sam Scholz przyznał, że pod względem utrzymania bezpieczeństwa podczas szczytu "nie wszystko się nam udało przeprowadzić tak, jak to sobie wyobrażaliśmy". Zapewnił, że policja otrzymała do dyspozycji absolutnie wszystko, czego zażądała, ale mimo to na ulicach doszło do zamieszek na dużą skalę. Pytanie, czy nie poczuwa się do odpowiedziałności za możliwe błędy i zaniedbania, Scholz zbył słowami: "Burmistrz odpowiada za całe miasto, a odpowiedzialność za zamieszki i zniszczenia spada na brutalnych kryminalistów", którzy wdali się w bijatykę z policją.

Deutschland Nach G20-Gipfel - Hamburg räumt auf (picture-alliance/dpa/B. Marks)

W Hamburgu zaczęło się wielkie sprzątanie ulic

Taka odpowiedź nie zadowoliła jego przeciwników w senacie, czyli rządzie Hamburga, który jest samodzielnym krajem związkowym. Przewodniczący frakcji CDU w senacie Andre Trepoll zażądał od Scholza aby ustąpił ze stanowiska. Jak powiedział: "Burmistrz w skandaliczny sposób błędnie ocenił sytuację" i powinien odejść. Jego zapewnienia na temat ładu i porządku podczas szczytu okazały się nic nie warte, ponieważ "całe dzielnice miasta zostały zdane na łaskę i niełaskę awanturującej się tłuszczy, a Scholz wciąż nie może zdobyć się na przyznanie do własnych błędów".

"Winni są wyłącznie awanturnicy"

Główny ciężar debaty nt. winnych za zamieszki podczas szczytu od razu przeniósł się z Hamburga do Berlina. Minister spraw wewnętrznych Thomas de Maizière wyraźnie starał się unikać atakowania socjaldemokratycznego burmistrza Hamburga, a przez to także SPD jako mniejszego partnera koalicyjnego CDU/CSU w rządzie kanclerz Merkel. Szef MSW stoi na stanowisku, że wyłączną winę za zamieszki uliczne i związane z nimi zniszczenia ponosi "tłuszcza", która świadomie dopuściła się ulicznych burd, mimo największej w historii RFN operacji policyjnej.

G20 Gipfel in Hamburg | Zerstörung (picture-alliance/Zuma Press/J. Widener)

Niektóre ulice miasta wciąż wyglądają jak po bombardowaniu

Szef klubu poselskiego CDU/CSU w Bundestagu Volker Kauder odrzucił krytykę postawy policji w Hamburgu ze strony partii Zielonych i Lewica jako "nikczemną" i skrajnie niesprawiedliwą. W jego przekonaniu policjanci działali zgodnie z przepisami i nie należy oskarżać ich o nadużywanie przemocy podczas akcji, jak to czynią demonstranci oraz politycy z opozycji, próbujący zbić na tym własny kapitał.

Prezydent Steinmeier broni szczytu

W dyskusję, czy nie było "zasadniczym błędem" wybranie Hamburga jako miejsca obrad szczytu, włączył się osobiście prezydent RFN Frank-Walter Steinmeier. W jego przekonaniu była to słuszna decyzja, ponieważ żadne państwo demokratyczne nie może narzucić sobie w takich wypadkach stanowiska reprezentowanego przez skłonnych do przemocy antyglobalistów. Nie wolno się przed nimi ugiąć. O tym, czy i gdzie zostanie zorganizowany szczyt G20 decyduje zawsze samodzielnie państwo, które podjęło się tego zadania. Innego zdania są kandydat SPD na kanclerza Martin Schulz i szef niemieckiej dyplomacji Sigmar Gabriel, którzy jeszcze przed minionym weekendem wyrazili opinię, że być może "najlepszym rozwiązaniem byłoby przeniesienie na stałe szczytów grupy G20 do nowojorskiej siedziby ONZ".

Wszyscy winni zostaną surowo ukarani

Wśród niemieckiej policji i w służbach odpowiedzialnych za bezpieczeństwo wewnętrzne, zdawano sobie sprawę z ryzyka, jakie kryje w sobie zorganizowanie szczytu "w miejscu odległym o rzut kamieniem od twierdzy niemieckich autonomistów jaką jest budynek teatru Rote Flora w dzielnicy Schanzenviertel", opanowanego od dawna przez tzw. skłotersów, czyli skłonnych do zadymy dzikich lokatorów powiązanych z niemieckimi lewicowymi ekstremistami.  Ale burmistrz Scholz stale zapewniał, że panuje nad sytuacją, a zmasowane siły policyjne potrafią utrzymać ich w ryzach i "zapobiegną skutecznie każdej próbie wzniecenia zamieszek na ulicach miasta".

Tak się jednak nie stało i Hamburg przypominał chwilami pole bitwy. Niemieccy politycy, niezależnie od ich orientacji, zgodnym chórem domagają się surowego ukarania winnych. Minister spraw wewnętrznych Thomas de Maiziere  oświadczył w wywiadzie dla "Bild am Sonntag", że "liczy na szybkie sukcesy w śledztwie przeciwko awanturnikom i ich surowe potraktowanie przez niemiecki wymiar sprawiedliwości".

W podobnym duchu wypowiedział się w wywiadzie dla "Welt am Sonntag" sekretarz generalny  SPD Hubertus Heil: "Przeciwko przestępcom, rzucającym płonącymi butelkami z benzyną, musimy wystąpić z całą surowością prawa".

Minister spraw zagranicznych RFN Sigmar Gabriel poparł pomysł utworzenia europejskiej bazy danych obejmującej ulicznych bojówkarzy z kół skrajnej lewicy i opowiedział się za powołaniem "unijnej, szybkiej grupy pościgowej, która zidentyfikuje i zatrzyma ulicznych zadymiarzy z Hamburga". Gabriel napisał o tym w artykule zamieszczonym na łamach tabloidu "Bild".

Niemiecka policja twierdzi, że dysponuje obszernym materiałem dowodowym, który umożliwi pociągnięcie do odpowiedzialności awanturników z Hamburga. W ulicznych zamieszkach podczas szczytu G20 obrażenia odniosło 476 policjantów. Zarzymano 186 osób, przeciwko 37 awanturnikom wydano nakaz aresztowania.

DW, dpa, rtr / Andrzej Pawlak